Prezydent to rodzaj obywatela, którego nie można obrażać. Nie możesz powiedzieć o nim: ćwok, kretyn, głupek, baran, psychik, bo natychmiast dopadną cię długie łapki wymiaru sprawiedliwości. Staram się przestrzegać tej zasady, i nawet niechętnie słowo prezydent piszę jako pRezydent, gdyż mam świadomość domniemanego przestępstwa, które pewnie popełniam. Poza tym nigdy nie wiadomo co tego pana pRezydenta obrazi i dotknie do żywego.
Dlaczego jednak (skoro ponoć żyjemy w kraju demokratycznym) tenże pan pRezydent, tak łatwo się obrażający, może bezkarnie obrażać innych? Fakt, ma do tego wrodzony wręcz talent, ale przecież nie może być to usprawiedliwieniem. Dlaczego do dociekliwego obywatela mówi „Spieprzaj dziadu”, dlaczego nie chce rozmawiać z „małpą w czerwonym”, dlaczego do oficera rzuca „won, gnoju”, dlaczego o pewnej dziennikarce nazwanej wcześniej Stokrotką, w kuluarach wyraża się per „pizda”…? Taki język przystoi niewątpliwe mnie, natomiast nie przystaje do pana pRezydenta, ponoć profesora i ponoć światłego człowieka, choć ponoć też buca. I to mnie właśnie interesuje, dlaczego za „chuje Kaczyńskie” trafia się przed sąd, a za rzeczone „Spieprzaj dziadu” już nie. Ot, tak na marginesie poruszam ten temat, ku zastanowieniu na weekend, choć zdaje sobie doskonale sprawę, że macie inne, dużo ciekawsze zajęcia, niż analiza zachowań pewnego przypadkowo wyniesionego na urząd paranoika.
28/11/2008 o 11:25
Ów paranoik został wniesiony na urząd przez lud tubylczy, i niech lud ten żre teraz tę żabę.