Jak to zwykle w święta bywa, wybrałem opcję czym dalej tym lepiej. Powodów jest kilka. Po pierwsze lepsze jest pełne słońce i ciepły piasek, od wszechotaczającego, szarego syfu, nawet ze śniegiem w tle.
Po drugie: nie ma nic gorszego, niż wpatrywanie się w mulastego, ościstego karpia, z natury rzeczy bez smaku i dzielenie się jakimś białym waflem, zwłaszcza gdy w pobliżu nie ma grama masła i nawet ociupiny dżemu. Reszta się nie liczy, bo te dwie rzeczy są w stanie popsuć apetyt na co najmniej miesiąc.
Po trzecie: lubię się ruszać, ale w święta musiałbym siedzieć bykiem w domu. Bo ani nie ma gdzie iść, a i jechać gdziekolwiek strach, bo na drogach grasować będę bandy pijanych w trzy dupy katolików, świętujących wedle zasady: „bania od śniadania”. Oczywiście zakładam, że mogę zostać kiedyś rozjechany, ale dlaczego akurat przez jakiegoś pijanego chuja wracającego z pasterki.
Po czwarte: święta poza krajem, to pewność, że nie zobaczę prezydenta z jego orędziem, prymasa z jego orędziem, Kevina samego w domu lub zagubionego w Nowym Jorku, filmu o papie Wojtyle, montażu kolęd od których słychania tylko przewraca się żołądek. Nie muszę też „bywać”, wśród znajomych rodziny i bliskich, co generalnie jest bezcenne i wydłuża życie co najmniej o rok. O nerwach nie wspomnę.
Po piąte: mogę robić co mi się podoba, słuchać co mi się podoba, żreć co mi się podoba i na co mam ochotę, bez oglądania się na zakazy, nakazy i to co wypada lub nie wypada.
Po szóste: mam szanse odpocząć, bo nie kieruje się zasadą: „boże niech to wreszcie się skończy i niech wreszcie pójdę do roboty”, tylko dużo rozsądniejszą: „boże niech to jeszcze trwa, nie chce już wracać do tego pierdolonego kraju”.
Po siódme: każdy dzień bez rodaka w pobliżu, to dwa dni życia więcej w przyszłości
Po ósme i ostatnie: no i co za widoki obok mnie…
