Korzystając z ładnej około-weekendowej pogody, wybrałem się pod warszawski pomnik ulubieńca domorosłych faszoli obywatela Dmowskiego. Wydaje się, iż wszystko jest w normie. Okoliczne psy jak zwykle go obszczywają, choć farby czerwonej na nim nie uświadczysz. Pewnie dlatego, że pomniczek nieco odgrodzony jest od wielbiącej go publiczności, za sprawą jakisik robót chodnikowo-drogowych. Wokół kręcą się panowie w gustownych kaskach, skutecznie odstraszając właścicieli dopiero co spreparowanych pojemników z farbkami. Nie należy się jednak zbytnio przejmować, bo panom tym ewidentnie zwisa aktualny kolor pomnika rodaka. Jeśli ma się z sobą worek z farbą, można ciepnąć, złego słowa nie powiedzą.
Kiedy oddałem już hołd towarzyszowi Dmowskiemu, ruszyłem Ujazdowskimi w kierunku centrum. Nieopodal, na rogu z Chopina, natrafiłem na kolejny pomnik, tym razem generała o ksywce Grot. Nie mam nic przeciwko Roweckiemu, ale przyznam, że wystawili mu pomnik mało oryginalny. Przepraszam wszystkich prawidłowo skonfigurowanych patriotów, ale generał Rowecki wykuty w kamieniu jako żyw przypomina Berlinga a nawet Świerczewskiego. Niby to dobrze, bo jak czasy nie daj boże się zmienią, to wystarczy jedynie podmienić tablicę, i pomnik Berlina albo i Świerczewskiego będzie jak znalazł. Nikt nie rozróżni. I oto chodzi, jeden pomnik na wszystkie okazje. Bo nawet jak temu Roweckiemu zdejmie się czapkę i coś tam przy płaszczu poprawi, z grubsza będzie mógł robić za Jana Pawła. Tylko Dmowskiego mi szkoda. Bo z niego nic już nie da się zrobić, nawet kostki brukowej.