Świętować rocznicę powstania warszawskiego z politykami, czy może bez? Oto jest pytanie. Raczej mało jednak skomplikowane, bo odpowiedź jest nadzwyczaj prosta. Jeśli już świętować, a tego prawa nie można odmówić ludziom wplątanym kiedyś w tę hucpę, to jak najbardziej prywatnie, kameralnie i bez tego politycznego oszołomstwa. Nikt inny, tylko politycy, zohydzili nam tę, jak i inne rocznice, wsadzając wszędzie swojego ryja, wtrącając swoje zasrane trzy grosze. Nie jestem zwolennikiem nadmiernego świętowania widowiskowej klęski i gloryfikowania samobójczych decyzji, ale ludzie którzy szczęśliwie to przeżyli, niechaj celebrują życiowe porażki w spokoju i z dala od publicznego widoku. Niechaj po raz enty rozgrzeszają się przed samym sobą, niechaj proszą boga (bo pewnie w niego wierzą) o przebaczenie dla swoich dowódców, którzy wplatali ich w tę karczemną awanturę. Niechaj proszą też o litość dla swoich kolegów, którzy z głupoty, idącej w parze z brakiem wyobraźni i odpowiedzialności, zamiast żyć, leżą teraz bez sensu w piachu. Do tego kolejnego aktu pokajania się nie trzeba obecności polityków. Oni niczego nie są w stanie rozgrzeszyć, co najwyżej wszystko popsują i rozmienią na drobne. Pan panie prezydencie też.