Z życia lubierznych chrześcijan #51

27/11/2009

Józef Michalik jest biskupem, a poza tym ponoć przewodniczącym konferencji episkopatu Polski. Nazwa instytucji brzmi na tyle groźnie, że panu biskupowi wydaje się, iż na sam jej dźwięk podanym będą trzęsły się nogi ze strachu i nawalą w spodnie. Po drugie biskup jest wręcz przekonany, że z wysokości swego urzędu może pleść bzdury, a każdy wykwit chorej myśli uchodzić powinien wręcz za przykazanie. Olać go jednak!

Ja oczywiście rozumiem, że jako pan biskup jak najbardziej zabierać może głos w sprawie krzyża. Tyle, że prosiłbym bardzo, aby swoich prawd nie uogólniał. Jak Trybunał Europejski zaleci usuwanie krzyży stąd i zowąd, to będzie się je systematycznie usuwało. Wolno, ale konsekwentnie, nie zważając na opinię biskupa Michalika.

Argument biskupi brzmi: „Krzyż to nie tylko ozdoba i kultura. To najważniejszy moment w historii, gdy Jezus umarł za nas na krzyżu. Ten wyrok musiał nas wszystkich zaboleć.” Nie wiem, czy Jesus umarł za kogoś na krzyżu (świadków nie ma, a relacje po wielokroć zmanipulowano), ale jeśli nawet, to na pewno nie za mnie. W ogóle używanie takiej figury retorycznej, to nadużycie i wierutna bzdura, powtarzana z uporem od wieków. Dziś więc mało kto poczuwa się do jakiejkolwiek wdzięczności za domniemany cud ocalenia, tudzież równie domniemany akt poświęcenia. Symbole więc wietrzeją, stają się pośmiewiskiem.

Myślę sobie też, że gdyby nawet ten Jesus tak się nie poświęcał jak ponoć się poświęcał, to pewnie nie byłoby tak źle, a może nawet byłoby zdecydowanie lepiej. Na pewno nie odbyło by się parę krwawych wojen i nie zapłonęłoby parę milionów stosów. O innych niedogodnościach już nie wspomnę, bo to drobiazgi.

Poza tym wbrew opinii biskupa Michalika, twierdzę, że w dzisiejszych czasach krzyż to co najwyżej ozdoba i to nie najwyższego lotu. Niestety do tej marnej roli w dużej mierze sprowadził go sam kościół. Jeśli więc chce, to niechaj „walczy” dalej o sprowadzenie jednego z symboli wiary do kompletnego parteru. My w tym za bardzo przeszkadzać nie będziemy, choć z drugiej strony sporo staramy się też robić, żeby ten znak uchronić przez kompletną kompromitacją. Brońmy go przed bezmyślnymi biskupami i wiernymi z czasów inkwizycji.


Piękna ojczyzna, niewdzięczni obywatele #9

26/11/2009

Pomysł Tuska, żeby zmienić konstytucję i przy okazji zmienić pozycję i uprawnienia prezydenta nawet mi się podoba. Jest jednak jeden szkopuł. Otóż po takim liftingu prezydent (wraz z otoczeniem) byłby co najwyżej ozdobą, pluszową zabawką i Panem Nikt. Niestety, taka zabaweczka dalej kosztowałaby nas sporo pieniędzy. Te lokaje, te ministry, sekretarze w randze ministrów, kelnerzy, kierowcy, małpki i małpeczki, samoloty, Juraty, obiadki, kace, woda na kaca, pieluchy, garnitur i fury, wszystko to generowałoby koszty ponad miarę i stan. Więc – myślę sobie – jeśli mamy mieć prezydenta, który nic nie znaczy i do niczego nie jest potrzebny, to lepiej w ogóle go nie mieć. Będzie zdrowiej, a przede wszystkim oszczędniej.

Jeśli zaś komuś zależy bardzo na tym prezydenckim urzędzie, i żyć bez tego nie może bo modlić nie ma się do kogo, to zrewidujmy pewien dawny pomysł. Pamiętacie pewnie, jak kilku wariatów nalegało, aby Jezusa Chrystusa czym prędzej uczynić królem Polski. Na pewno przegięli  z tym królem, ale może by tak zrobić go owym prezydentem? Dożywotnim rzecz jasna! Na taki kompromis jestem w stanie nawet iść, mimo żem patologiczny bezbożnik. Postawi się tego Chrystusa przed Pałacem, na wielgaśnym krzyżu, może nawet przyodzieje w garnitur, by bidok nie marzł w polskiej słocie i niechaj sobie prezydenci na zdrowie i ku zadowoleniu prawie wszystkich. Nic nie będzie kosztował z wyjątkiem rutynowej konserwacji co pięć lat. Żadnych samochodów, asystentów, doradców… nic dosłownie. Nawet nie pije. I tak oto osiąga się kompromis, nawet w gronie osób o diametralnie różnych poglądach i potrzebach.


Funcalifornication #7

25/11/2009

Dziś na moment będzie tu jak w prawdziwym tabloidzie. Poplotkujemy i obrobimy dupę tym i owym. I wcale nie będzie o głupawych politykach, bo okazuje się że za ich plecami toczy się prawdziwe, choć też głupawe celebryckie życie. Jak donoszą eleganckie gazety, szykuje się wojna pomiędzy dwoma znanymi ponoć prezenterami: panami Prokopem i Ibiszem. Nie zorientowanym w życiu towarzysko uczuciowym polskich celebritis wyjaśniam, że to ulubieńcy prawie wszystkich kucharek, woźnych, cieciów i żon cieciów, a także kobiet upadłych, tych które się podniosły, oraz tych, które nieprzerwanie się odchudzają, wierząc że będą piękniejsze. Jednym słowem Prokop i Ibisz to ulubieńcy Polski.

Na ich urodę wdzięk i bezpretensjonalność trudno być obojętnym. Zwłaszcza jeśli na uwadze mamy Krzysia Ibisza. Owe dziecię-piernik ma czterdzieści lat z okładem, a buźkę ma gładką jak pupcia jego nastoletniej kochanki, włoski wyfarbowane, a usteczka wydymane botoksem aż miło. Mnie to ani ziębi ani parzy, ale Prokopa niestety wkurwia. W wypowiedzi  dla owej eleganckiej gazety dał więc upust swojej frustracji:

„Irytują mnie faceci dotknięci syndromem Piotrusia Pana, którzy mają po czterdzieści parę lat, dwie żony w plecy, botox w ustach i farbowane włosy”.

No niestety, w porównaniu z Ibiszem w rzeczy samej pan Prokop wygląda na nieco zaniedbanego, ale nadto bym się tym nie stresował. Co prawda należy mieć uznanie dla Ibisza, że mu się chce i generalnie dba o siebie jak może, choć bezwzględnie dawno przekroczył już pewną granicę śmieszności. Wygląda i zachowuje się niczym zblazowana lafirynda i tylko czekać jeszcze jak publicznie oświadczy ze ma słabośc do damskich stringów które nosi na co dzień. Prokop więc krytykując starszego kolegę po fachu, powinien być jednocześnie zadowolony z siebie, że jak na razie nie przekroczył owej cienkiej linii, którą Ibisz dawno łyknął na śniadanie. Oczywiście nigdy nie wiadomo, jak się zachowa ów Prokop jak przekroczy ibiszową czterdziestkę z okładem. Tez może być śmieszny, a nawet żałosny.


Głupki z sąsiedztwa #24

24/11/2009

Się porobiło w tym kraju nad Wisłą… Otóż Jerzy Kropiwnicki, prezydent Łodzi – tak na marginesie, chyba najbardziej kabaretowy prezydent w Polsce – poczuł się urażony, a może nawet obrażony pewnym zdjęciem. Na zdjęciu tym widać, jak ów pan prezydent plus jakiś przydatek urody nijakiej, stoją sobie uśmiechnięci w jerozolimskiej synagodze. Kiedy zdjątko ukazało się w gazecie, Kropiwnicki gwałtownie zaprotestował, twierdząc, że nigdy w synagodze nie był, zaś zdjęcie to zwykły chamski fotomontaż. W dyskusję wdała się natychmiast stetryczała Rada Etyki Mediów, uznając za wykroczenie przeciwko dobrym obyczajom posługiwanie się fotomontażem. Prezydent Kropiwnicki może się więc czuć urażony taka manipulacją, bowiem „synagoga i Jerozolima wiążą się z kompromitującą konotacją“.

Wytłumaczcie mi proszę „jakąż to kompromitującą konotację” może mieć Jerozolima i synagoga. Albo śnię, albo może źle czytam, albo też – co najprawdopodobniejsze – żyję w świecie totalnych głupków. Bo jeśli wysokie z założenia ciało jakim jest ta cała Rada Etyki, bez zastanowienia wydala z siebie (bo trudno to inaczej nazwać) taki komunikat, to znaczy, że należy czym prędzej całe to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry, a niektórych poddać nawet przymusowemu leczeniu. Oni nie mają nic wspólnego z etyką!!! Takie zgromadzenie wariatów, tytułujące się tak poważnie, nikomu do niczego nie jest potrzebne. Zresztą, to że do niczego oni nie są potrzebni wiadomo już od dawna, no ale pewnie komuś zależy, żeby z jakiś względów (humanitarnych?) utrzymywać przy życiu to zdziecinniałe towarzystwo wzajemnej adoracji.

Teraz jeszcze słów kilka o tym Kropiwnickim. Jak wstyd taki wielki jest włazić do synagogi, to po kiego chuja chuj tam właził!? Bo w międzyczasie wyszło, że foto wcale nie jest fotomontażem. A jak gamoń co niedziela albo i częściej lata do kościoła i targa baldachim, to nie jest wstyd i obciach? I jak by go ktoś sfotografował w tym kościele, z tym baldachimkiem, to też byłby niedopuszczalna manipulacja i praktyki niegodne? Jeden bóg parzy, a drugi wręcz przeciwnie? Może mniejszy byłby wstyd, gdyby pan prezydent sfotografował się w meczecie, najlepiej z odciętą głową Żyda w dłoni. To byłby honor i  powód do dumy.


Wojtyła superstar #11

23/11/2009

Właśnie gruchnęła wiadomość, że nasz wielki rodak, znany pod artystycznym pseudonimem Jan Paweł II, z upodobaniem i zadziwiającą regularnością poddawał się samobiczowaniu. Sa świadkowie którzy to potwierdzają. I zastanawiam się tylko o czym to ma świadczyć: czy o gorliwej i pełnej poświęceń wierze, czy może o braku którejś klepki. A jeśli zaś przyjmiemy to za kolejny dowód wielkości i poświęcenia, no to świętym on być powinien nawet bez dochodzenia specjalnej komisji. Bo patrzcie, czegóż to on nie uczynił? Obalił komunizm, urodził Wałęsę, taśmowo uzdrawiał i cuda czynił na zawołanie niby pan Copperfield, no i jeszcze się biczował. Tak, macie rację, to najprawdopodobniej ten od dawna oczekiwany Mesjasz!