Wytłumaczcie mi moi mili jak to jest, bo jakoś nigdy nie wiem po której stronie jestem.
Kiedy protestowałbym przeciwko ekspansji islamu, to pewnie byłbym uznanym za ultra prawicowego oszołoma, ksenofoba, nacjonalistę, a może nawet rasistę. Kiedy z tych samym pobudek zaprotestuję (a czemu nie?) przeciwko ekspansji i zawłaszczaniu życia publicznego przez kościół i religię chrześcijańską, to na bank będę ultra lewakiem, zdrajcą i anarchistą, co to własne gniazdo kala i wspólnoty nie szanuje. A ja mam może i naiwne poczucie, iż nie jestem ani lewym ani prawym. Jestem porządnym i raczej spokojnym ateistą, który jedynie chce, by jakakolwiek religia nie była uprzywilejowana i żeby pod byle pretekstem nie prześladowali mnie jacyś nawiedzeni mułłowie czy inne biskupy. Tak, dla państwa demokratycznego i światopoglądowo niezależnego, zaś zdecydowanie nie dla państwa policyjno-wyznaniowego. (No i dalej nie wiem czy jestem po lewicy czy po prawicy).









