Pozycje z etykietami ‘kombatanctwo’

16 Kwiecień 2012

brązowy nosek

 revelstein pisze:

 

W jednym z gadzinowych portali (czyli prawicowych) czołowy intelektualista Polski Wolski czyli Ryszard Czarnecki, nazwał socjologa profesora Krzemińskiego łobuzem, chamem i prymitywem. 

Tylko dlatego, że tenże Krzemiński powiedział w jakiejś telewizji, iż były prezes NBP Skrzypek był „ze stajni Kaczyńskiego”. Dla tego kmiota Czarneckiego to obraza „majestatu śmierci” i brak dla tej śmierci szacunku. Tymczasem co ma piernik do wiatraka? No, było i się zmarło dość tragicznie temu Skrzypkowi, ale to akurat w niczym nie zmienia prostego i bezdyskusyjnego faktu, że pan prezes był ze stajenki stajennego Kaczyńskiego. To Kaczyński tupiąc nogą (bo łatwo nie było), załatwił mu tę posadę, mimo że kwalifikacje pan prezes miał raczej mizerne. Ale jak się robi panu prezydentowi laskę rano, w południe i wieczorem,  to czegoś w zamian należy oczekiwać, choćby marnej posady szefa NBP.  I to jak gdyby tyle w tym temacie.

A poza tym, może ten Krzemiński jest chamem, ale czym lub kim jest w takim razie  pan Czarnecki? Też chamem, prostakiem i prymitywem? Czy może dodatkowo jeszcze śliskim włazidupą, który w każdy otwór wejdzie jeśli tylko poczuje powidła? Gładkim chujkiem  z brązowym nosem?

17 Luty 2012

ofiary chorych idei

 revelstein pisze:

 

Sierżant Jacek Żebryk ze Świdwina, za walkę z internautami którzy mają inne niż on zdanie o wojnie w Afganistanie i jej uczestnikach, został nagrodzony buzdyganem (taką wewnętrzna MONowską nagrodą).

Faktem jest, iż część z owych internatów, owe inne zdanie wyrażało w sposób – delikatnie mówiąc – nieparlamentarny. To pana sierżanta wzburzyło i poszedł z donosem do prokuratury domagając się karania winnych obrażania honoru polskiego żołnierza. Jego święte prawo. Tyle że, jeśli odrzuci się wulgaryzmy, to internauci w dużej mierze mają rację, a przynajmniej swoje racje. Sprawa jest znana, więc nie chce wchodzić raz jeszcze w szczegóły. Zastanawiam się jedynie, czy wyrażanie swojej opinii, o sensie tzw.  misji w Afganistanie, może być karalne? Ta misja nie musi mi się podobać, tak jak i nie muszę czuć sympatii do tych, którzy się tam najmują na wojnę. Jestem z tych, którzy uważają, iż udział polskich żołnierzy w okupacji Afganistanu to błąd i powód do wstydu (także dla pana sierżanta od buzdygana).

Doskonale rozumiem jego złość, oraz żal po stracie przyjaciół, ale gdyby tam nie leźli, toby dalej żyli wspólnie pili piwo. Przymusu nie było! No, mam taką opinię i nic w tym wedle mnie obraźliwego. Wolno mi tak oceniać tę hucpę, acz od nazywania żołnierzy „bandytami” raczej bym się powstrzymał. Od tego jest prokurator analizujący konkretne przypadki afgańskich historii wojennych.

Natomiast z bólem muszę przyznać, iż trzeba się nieco „ześwinić”, żeby za ekstra pieniądze, i dla chorej idei, jechać do dalekiego kraju, nijak nam nie zagrażającego i gnębić miejscowych za to, że są generalnie inni i nie pasujący do naszych wyobrażeń. To ich kraj, ich religia i ich może i porąbane, ale obyczaje odwieczne.  Zostawmy ich w spokoju, niech się tam kiszą i gotują, bo to nie nasza sprawa, nie nasze interesy i nie nasza zagrożona niepodległość. Tyle, że jak widać, znów dojrzeliśmy do czasów, kiedy o armii wolno jest mówić albo dobrze, albo wcale. Szacunek dla munduru to takie dość ogólne pierdu, pierdu… Ale jeśli już, to zdobywa się ten szacunek zdaje się czym innym, niźli zakładaniem ludziom kagańca i  ostrzeliwaniem wiosek. I tak a’propos panie sierżancie: czy nie chwalił się pan nigdy, ilu to „brudasów” wysłaliście do allacha? Mam nadzieję, że nie.

1 Luty 2012

ostatni zajazd a potem zjazd

 finkel pisze:

 

Wydarzenie to jest i śmieszne i tragiczne i paranoicznie absurdalne.Czy Marian Sołtysik ps. „Barabasz”, akowski watażka, dowódca oddziału „Wybranieccy”, był bohaterem, czy może zbrodniarzem?

Wedle Henryka Pawelca, dziś 91-letniego byłego żołnierza tego oddziału, Brabasz to pospolity zbrodniarz i bandyta. Mordował i grabił z pobudek czysto osobistych: Polaków, Żydów, wrogów osobistych tudzież kochanków swojej nałożnicy. Pawelec takim jednak oskarżeniem byłego dowódcy, naraził się bardzo obrońcom jedynie słusznej tradycji i jedynie słusznej prawdy o AK. Osądzi go przeto sąd koleżeński Światowego Związku Żołnierzy AK. Rozstrzelać nie zdążą, ale wykluczyć z organizacji mogą. Doszło więc do sytuacji zupełnie surrealistycznej, kiedy to jedni dziewięćdziesięciolatkowie oskarżają innego dziewięćdziesięciolatka za upublicznienie (czyli zdradę) rodzinnych akowskich tajemnic. Tajemnice te do tej pory były pilnie strzeżone i utajnione, żeby broń panie boże nie psuć uświęconego wizerunku jedynych prawdziwych obrońców ojczyzny.

Rechot historii jest więc wyjątkowo głośny i absurdalny do bólu. Tym bardziej, że patrząc na całą sprawę w dzisiejszych kategoriach – Brabasz na pewno był zbrodniarzem, a wiele wyroków, które wydał, nosi znamiona przestępstwa. Tyle że dziś mało kogo już to obchodzi. A staruszkowie zamiast pić ziółka i  łykać czerwone pastylki (plus obowiązkowa lewatywa), chwytają za szable, by prawie 70 lat po wojnie znów ścigać konfidentów. Poplątanie z pomieszaniem. (więcej tutaj>>  i tutaj >>)

26 Listopad 2011

klęska naszym sukcesem

Dziś w Warszawie po raz kolejny będziemy mieli szanse potwierdzenia naszego mistrzostwa świata w historycznych (histerycznych?) rekonstrukcjach.

Na ulice wylezą podchorążowie WATu, by w sztucznie zrobionym tumulcie pójść pod Arsenał. Niestety widowisko rozpocznie w najgorszym z możliwych momentów, bo gdzieś w okolicach godziny 18.00. A więc wtedy, kiedy zdecydowana większość z nas chce w spokoju odpocząć w domu. Tymczasem dupa! Przesrane będą mieli zwłaszcza mieszkańcy okolic Krakowskiego, Placu Zamkowego i generalnie Starego Miasta.

Bo dzielni podchorążowie, tudzież strażnicy narodowych, nie rzadko przegranych i skompromitowanych tradycji, przewidują atrakcje w postaci armatnich strzałów, dziarskich okrzyków, stukotu końskich kopyt i ogólnego wrzasku. Ma to niby „uatrakcyjnić widowisko” i przybliżyć społeczeństwu „ważne dla historii naszego kraju czyny zbrojne”.

I znów wyjdzie na to że wygraliśmy mimo że jak zwykle przegraliśmy, i że klęska jest niesamowitym sukcesem. I że nic się tak w życiu Polaka i patrioty nie liczy jak możliwość upuszczenia sobie krwi tak dla czystego fanu, kompletnie bez sensu. A poza tym, powiedzcie szczerze: czy w inscenizacjach ktoś nam podskoczy?

25 Październik 2011

jak wietrzeje styropian

>> Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że Lech Wałęsa nie musi mi wytykać braku zaangażowania w walce o wolną Polskę. Po pierwsze: ani mnie nie zna, ani nic o mnie nie wie, a po drugie: nie czepiam go się szczególnie, oraz nie wystawiam piersi po ordery i takie tam różne duperele. <<

Jestem więc celem nieokreślonym, małym, mało precyzyjnym  i niewidocznym, a więc trudnym do trafienia. Teoretycznie więc, jestem w sytuacji zdecydowanie lepszej, niż taki Ryszard Richard Czarnecki, który przed sądem dowodzi teraz, że był opozycjonistą pełną gębą, i że trzeba być ślepym niczym Wałęsa, by tego nie widzieć i nie doceniać.

Gdyby jednak zaszła konieczność walczyć niczym lew o godność swą i dobre imię, to oświadczam, że nie jestem gorszy od prawie 40 milionów innych Polaków (w tym i Czarneckiego), którzy w tamtych czasach nie szczędzili potu, śliny, krwi i moczu, by ojczyznę wolną raczył dać nam pan. Bo z Polakami drodzy moi, jest trochę tak jak z Niemcami. U niech w czasie wojny wszyscy służyli w orkiestrze, u nas zaś za komuny wszyscy byli w opozycji takiej czy owakiej, czynnie walcząc z czerwoną zarazą. Swoje trzy grosze do tego narodowego wysiłku dołożyłem przeto i ja.

Nie chwaląc się oświadczam, że podejmowałem się czynów heroicznych, choć dziś absolutnie nie zamierzam czerpać z tego jakichkolwiek korzyści. Tak, proszę państwa, nie przeczę, byłem w opozycji i to ekstremalnej! W kiblu miast papieru toaletowego (którego i tak nie było) korzystałem z przyciętej równo Trybuny Ludu, i robiłem to świadomie i z pełną premedytacją, by znieważyć świętość i zbrukać obce nam idee. Mogłem przecież wykorzystać Życie Warszawy, bądź Express Wieczorny, ale wolałem walczyć gestem i czynem z papierowym ramieniem komuny. A sikając pod drzewem wyobrażałem sobie, że oto leję po nagawkach galowego munduru generała Jaruzelskiego. I widziałem nawet tych agentów bezpieki, którzy za czyn ten heroiczny powalają mnie na ziemię i kopią gdzie popadnie, jak psa czy futbolówkę. I dumny byłem z tego kopania, jakbym naprawdę był kopany.

I tylko dzięki temu, że się w porę obudziłem, uniknąłem wywózki do Workuty, a tym samym spotkania z prezydentem Kaczyńskim, który ponoć żyje, i tam właśnie odpokutować musi za grzechy swe poczynione względem matuszki Rosji. Moja karta opozycjonisty jest oczywiście zdecydowanie bogatsza, ale mam świadomość, że mało to może obchodzić pozostałych z trzydziestu dziewięciu milionów Polaków z dużym hakiem, nie mniej dzielnych opozycjonistów, z nie mniej wielkimi osiągnięciami, wliczając w to rzecz jasna Ryszarda Richarda (czy jak mu tam) Czarneckiego. Niech bogu więc będą dzięki za wszystko i za tak dzielnych Polaków.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.