>> Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że Lech Wałęsa nie musi mi wytykać braku zaangażowania w walce o wolną Polskę. Po pierwsze: ani mnie nie zna, ani nic o mnie nie wie, a po drugie: nie czepiam go się szczególnie, oraz nie wystawiam piersi po ordery i takie tam różne duperele. <<
Jestem więc celem nieokreślonym, małym, mało precyzyjnym i niewidocznym, a więc trudnym do trafienia. Teoretycznie więc, jestem w sytuacji zdecydowanie lepszej, niż taki Ryszard Richard Czarnecki, który przed sądem dowodzi teraz, że był opozycjonistą pełną gębą, i że trzeba być ślepym niczym Wałęsa, by tego nie widzieć i nie doceniać.
Gdyby jednak zaszła konieczność walczyć niczym lew o godność swą i dobre imię, to oświadczam, że nie jestem gorszy od prawie 40 milionów innych Polaków (w tym i Czarneckiego), którzy w tamtych czasach nie szczędzili potu, śliny, krwi i moczu, by ojczyznę wolną raczył dać nam pan. Bo z Polakami drodzy moi, jest trochę tak jak z Niemcami. U niech w czasie wojny wszyscy służyli w orkiestrze, u nas zaś za komuny wszyscy byli w opozycji takiej czy owakiej, czynnie walcząc z czerwoną zarazą. Swoje trzy grosze do tego narodowego wysiłku dołożyłem przeto i ja.
Nie chwaląc się oświadczam, że podejmowałem się czynów heroicznych, choć dziś absolutnie nie zamierzam czerpać z tego jakichkolwiek korzyści. Tak, proszę państwa, nie przeczę, byłem w opozycji i to ekstremalnej! W kiblu miast papieru toaletowego (którego i tak nie było) korzystałem z przyciętej równo Trybuny Ludu, i robiłem to świadomie i z pełną premedytacją, by znieważyć świętość i zbrukać obce nam idee. Mogłem przecież wykorzystać Życie Warszawy, bądź Express Wieczorny, ale wolałem walczyć gestem i czynem z papierowym ramieniem komuny. A sikając pod drzewem wyobrażałem sobie, że oto leję po nagawkach galowego munduru generała Jaruzelskiego. I widziałem nawet tych agentów bezpieki, którzy za czyn ten heroiczny powalają mnie na ziemię i kopią gdzie popadnie, jak psa czy futbolówkę. I dumny byłem z tego kopania, jakbym naprawdę był kopany.
I tylko dzięki temu, że się w porę obudziłem, uniknąłem wywózki do Workuty, a tym samym spotkania z prezydentem Kaczyńskim, który ponoć żyje, i tam właśnie odpokutować musi za grzechy swe poczynione względem matuszki Rosji. Moja karta opozycjonisty jest oczywiście zdecydowanie bogatsza, ale mam świadomość, że mało to może obchodzić pozostałych z trzydziestu dziewięciu milionów Polaków z dużym hakiem, nie mniej dzielnych opozycjonistów, z nie mniej wielkimi osiągnięciami, wliczając w to rzecz jasna Ryszarda Richarda (czy jak mu tam) Czarneckiego. Niech bogu więc będą dzięki za wszystko i za tak dzielnych Polaków.