revelstein pisze:
Wiecie, że wczoraj mieliśmy „święto księży“? Tak było, choć przyznam, że po raz pierwszy słyszę o czymś takim.
Oznacza to między innymi, że dziesiątki usłużnych urzędników państwowych w te pędy biegało do “swoich“ biskupów, składało pokłony, całowało w pierścionek i paluszek w dupsko biskupa wtykało, by dobrodziejowi było miło i przyjemność jakąś by miał. W takim Gdańsku na przykład, pana biskupa Głódzia zaspakajali miedzy innymi pan Wałęsa (ale on to osoba prywatna i mało nas obchodzi komu robi laskę), a także wojewoda Stachurski, wicewojewoda Owczarczyk, prezydent Adamowicz, prezydent Szczurek i paru innych jeszcze urzędników, zwyczajowo wiszących na klamce u drzwi Głódzia, tudzież na jakiego zapasionej szyi. Uczestnicy o spotkaniu mówią niechętnie i pokrętnie, czemu mocno się dziwię, bo przecież jak wstydzić się można tak wielkiej łaski (laski?) jaka na nich spadła w postaci śniadanka z I sekretarzem województwa. A na śniadanko była ponoć bułeczka, szyneczka, jajeczka wszystko podawane przez młodych i wprawnych kleryków. Co działo się dalej, tego niestety nie wiemy. A skoro jesteśmy już przy temacie…
Na swój sposób księże święto świętował pan biskup Ryczan. On nie bawił sie w niuanse. Podczas spotkania z diecezjalnymi żołnierzami swymi apelował: „Módlmy się, bracia, za siebie nawzajem”. Idą ciężkie czasy, o dzieciaki coraz trudniej, klerycy też się wycwanili, na policję donosy trzeba składać, życie staje się nie do zniesienia. Módlmy się przeto i wzajemnie wspierajmy, bo inaczej te przefarbowane katoliki i patrioty i te niby przyjaciele kościoła, wykończą nas jak nikt do tej pory. Tak, wspierajmy się towarzysze, cicho sza, morda w kubeł i do podziemi. Niech bóg nas wspomoże. Bracia kapłani apel biskupa Ryczana przyjęli z pokorą i nieukrywanym zadowoleniem. Niech się święci święto nasze za pieniądze wasze.