Drodzy Państwo, miło mi donieść, że na Węgry dotarły zgodnie z zapowiedzią, hordy polskich pielgrzymów. Zakochanych w winie, wędzonej papryce i Orbanie.
Na dworcu w Budapeszcie wytoczyli się (przynajmniej ci pijani bogiem) z pociągu, i wywijając pomiętymi flagami przystąpili do solidaryzowania się. Wrzaskom, krzykom i zwykłym rykom nie było końca. Na delegację Wolaków, czekały nieliczni przedstawiciel bratniego narodu, oraz dyskretnie ukryta, acz bacznie obserwująca sytuację policja. Bo nawet węgierska policja wie, że jak przyjeżdżają Polacy, dodatkowo wrzeszczący i wywijający flagami, to może to być zapowiedź poważnych kłopotów. Zawsze w obwodzie trzeba mieć psy i przynajmniej batalion szturmowy w pełnym rynsztunku. Osobiście sądzę, że to jednak nadmierna ostrożność, gdyż zdecydowana większość uczestników polskiej wycieczki kolejowej, to kibole Węgier, którym zapowiadana reforma emerytalna z racji wieku jest kompletnie obojętna. Skończyło się na szczęście skromnym „dzień dobry bracie Polaku” i „na zdrowie”, a pustych butelek nikt nie wyrzucał na tory. W polskim wykonaniu to jednak nowa jakość. Co prawda element wrogi i niechętny integracji, wywiesił na peronie wykurwisty transparent z tekstem „Przemyśl czy rzeczywiście Węgry Orbana to jest to co chcesz popierać”, ale zamulony długą podróżą element polski nie zwrócił na to większej uwagi. Nie mniej do konfrontacji dojść może, bo nie wszyscy Węgrzy (a nawet większość) to orbanowcy i już zapowiadają ustawkę z polskimi fanami ich wroga. I pewnie będzie tak jak z polską piłką nożną, Polacy optycznie byli dobrzy, ale znów dostali wpierdol. Generalnie jestem zdania, że dopóki nie zostanie okradzionych kilka sklepów, wycieczkę poparcia będzie można uznać za udaną. Mimo, że najprawdopodobniej kilka osób poprosi o azyl, w tym redaktor Sakiewicz.













