Jak nie zgłupieć i być Polakiem

marsz1_121112_600

Nie brałeś  udziału w marszu niepodległości, nie wywiesiłeś flagi na balkonie, nie pomodliłeś się za przyszłość, wolność i pomyślność ojczyzny? Nie przejmuj się, to znaczy że jesteś normalnym a przede wszystkim zdrowym na umyśle Polakiem. No dobrze, ale o co tak naprawdę chodzi?

Chodzi o to, że świat jest pełen frustratów od których należy trzymać się z daleka. Oto pan Kobylański, jeden z patronów marszu niepodległości mówi, że Polska nie jest wolna. Rozumiem, że Polska będzie wolna i sprawiedliwa dopiero wtedy, kiedy rządzić w niej będą takie indywidua jak ów pan Kobylański. To rzeczywiście świetlana i bardzo pociągająca perspektywa. Jest o co walczyć. Przyłączysz się, czy nadal uważasz się za zdrowego?

Nie bardzo się też zgadzam z tezą mediów, że przez Warszawę przeszły wczoraj dwa wielkie marsze reprezentujące dwie wizje Polski. Jeden z nich, to ten prezydencki marsz radosny, drugi, to marsz smutasów, czyli tych, którzy twierdzą (jak Kobylański nakazał), że niepodległości nie ma, a Polską rządzi namiestnik. Myślę sobie, że to jednak nadużycie, z oceną tego drugiego marszu. Bo jaka to wizja? Jeśli dobrze się było przyjrzeć, to tych kontestatorów rzeczywistości była ledwie garstka. Cała reszta przyszła na ten marsz, by zwyczajnie podymić i zaakcentować swoje istnienie, bo w przeciwnym razie nikt nigdy by o nich nie usłyszał. Całość uzupełniały zwyczajowo tłumy gapiów, których zawsze i wszędzie pełno. Igrzyska przyciągają tłumy plebsu. Choć nie były to tłumy nieprzebrane. Twierdzenie, że przez ulice Warszawy przelewał się „niezliczony ocean ludzi“, ma się mniej więcej tak do rzeczywistości, jak Bałtyk do Pacyfiku.

Generalnie fakty są nieubłagane. 11 listopada to już nie święto Polaków, to święto bandytów w kominiarkach, quazi-faszystów (bo w Polsce wszystko jest quazi), frustratów, wszelkiej maści outsiderów, schizofreników i najzwyklejszych chamów. Z czego więc ja mam się w tym dniu niby cieszyć?

A na koniec chciałbym jeszcze zapytać: gdzie w tym „wielkim dniu“ był zbawiciel Polski Wolski pan Jarosław Kaczyński? Gdzie był, zamiast swą piersią dzielnie bronić Polski i odpierać zmasowane ataki totalitarnej policji. Otóż wybrał się na wakacje z duchami do Krakowa. Był na Wawelu. Wybrał ciszę, święty spokój i bezpieczne schronienie. Chociaż nikt od chujów mu nie wymyślał. No cóż, w centrum Warszawy rodacy bili się o niepodległą Rzeczpospolitą, nie szczędząc krwi, petard, kamieni i bluzgów, a przyszły premier, prezydent a może i papież brał udział w seansie spirytystycznym.