Waszczykowski, czyli takie coś…

waszczyk-141209-1100500

Muszę przyznać, że jak na polskie standardy, to śmierć Mazowieckiego jakoś (o dziwo) nie wywołała  szczególnej fali agresji. To po trosze niezrozumiale, bo Polaki Wolaki nie wyjechały przecież na wakacje, nie spokorniały nagle i nie zmądrzały, tylko karnie tkwiły przy komputerach, w gotowości do ataku. Co, sygnału na czas nie było?

Dobrze przeto było, acz mam wrażenie że niech tylko szacowny nieboszczyk na dobre ułoży się w trumnie, a zaraz ruszy na niego gwardia republikańska. Bo co się odwlecze to nie uciecze.

Pierwszy nieśmiały sygnał do szarży dał już zasłużony pisowski dyplomata Waszczykowski. Jest zdziwiony tym, że Mazowieckiego – jak sam mówi – wychwala się pod niebiosa i w parę godzin po śmierci już stawia mu się pomniki. Tymczasem taki pan prezydent Kaczyński, kiedy nieszczęśliwie zszedł był z tego świata, to z miejsca został straszliwie sponiewierany i do dziś odmawia mu się zasłużonej beatyfikacji. “W przypadku prezydenta Kaczyńskiego krytyka była straszna, a tutaj nic” – mówi Waszczykowski.

No cóż panie Waszczykowski, sprawa jest w zasadzie dziecinnie prosta.

Po pierwsze Mazowiecki był kimś! Nie był narwanym, wiecznie sfrustrowanym amatorem, chodzącym na krótkiej smyczy brata. Jak brat wrzasnął “waruj“, to on warował, jak wrzasnął “bierz go” to go brał, czyli gryzł. Innymi słowy Mazower szukał tego co łączy, nie zaś tak jak Kaczor tego co dzieli. To najprostsze z możliwych wyjaśnień i najbardziej oczywiste. Jeśli pan Waszczykowski nie rozumie tej prostej zależności to jest mało kumaty ogólnie.

A z drugie strony jak się obserwuje pana Waszczykowskiego, jego dotychczasowe wystąpienia, no to niby dlaczego tym przygłupem miałby nie być? No jest bezdyskusyjnie. Nie zapominajmy też,  że “to coś” było kiedyś dyplomatą, za czasów kiedy inne “Coś” było prezydentem a jeszcze inne “Mega-Coś” było szefem dyplomacji.

Te “Cosie” mają coś nie po kolei tu i ówdzie, stąd nieustannie dziwią się, że są jednak tacy którzy jednak coś w głowach mają. I nie mogą tego przeboleć.

Gdyby Kaczyński miał w głowie coś więcej niż ślepe posłuszeństwo facetowi z którym ewidentnie coś jest nie tak, to by pewnie żył, choć prezydentem by nie był. Gdyby Waszczykowski coś rozumiał, to by nie zadawał głupich pytań, ani nie robił jeszcze głupszych porównań. Bo Mazowiecki tak się mniej więcej ma do Kaczyńskiego jak profesor psychiatrii do Macierewicza.