Urban na Orbana

Wbrew oczekiwaniom a może i wbrew własnym ciągotom, nie będę zajmował się dziś pierdołami tradycyjnie wygadywanymi przez biskupów w trakcie tzw. pasterek. W zamian, chwilkę zajmę się Węgrami. Bo pamiętajmy, że wszystko co dobre dla Węgier, może być dobre dla Polski.

Z nadzieją przeto patrzymy na pomysł premiera Urbana, dla niepoznaki i żeby się nie myliło zwanego Orbanem, by podatki dla Madziarów obniżyć do 9% (teraz 16%). Jesteśmy też solidarnie za jednoczesnym podniesieniem podatku VAT do 35%, bo jak mamy powtarzać węgierską drogę do szczęścia to konsekwentnie.

Ale idźmy dalej z tą konsekwencją. No, bo przecież przydałby nam się ktoś, kto choć odrobinę byłby podobny do premiera Orbana. I nawet nie chodzi tu o urodę, fryzurę  czy inteligencję, tylko jakiekolwiek podobieństwo.

Krótki przegląd kandydatów doprowadził mnie do wniosku, że jedyną polską alternatywą może być Urban.

Po pierwsze ma takie samo wręcz nazwisko, a po drugie ma kiepełe czyli łeb, wcale nie gorszy a nawet lepszy od Orbana. Jako biznesmen Urban ma też twórcze i rzeczowe podejście do podatków, to znaczy zawsze chce płacić mniej niż więcej.

Chcemy mieć przeto takiego swojego  Orbana czyli Urbana, a Kaczyński paszli won, do Londynu na zmywak. Tylko szybko, bo jak Cameron dla polskich panów granice pozamyka, to Kaczor co najwyżej  kubki i widelce zmywać będzie w barze mlecznym na Hożej.