Rekonstruktorzy na front!

Wystarczy, że człowieka nie ma ze trzy tygodniu w ukochanej ojczyźnie, a natychmiast traci kontakt z rzeczywistością, a przede wszystkim patriotyczny instynkt traci. Ale skoro znów tu jestem – sądząc po sytuacji polityczno-militarnej – chyba jednak na krótko, to wypadało by odnotować niektóre elementy narodowego napięcia przedmiesiączkowego.

Ci kolesie, po wielokroć i skutecznie wygrali dla nas różne powstania których premiera była masakryczną klęską. Bo Polacy to tacy już są, że najlepiej potrafią wygrywać to, co kiedyś przegrali.

Ale od początku… Wróciłem dopiero co z wakacji, z tej nieco cieplejszej pod każdym zresztą względem części Europy, gdzie na przykład konflikt ukraiński jest tak samo egzotyczny, jak egzotycznym byłby dla nas spór plemienny gdzieś w dżungli Papui Nowej Gwinei. Mniej więcej ten sam poziom zainteresowania i orientacji.

U nas oczywiście pełna napinka, a tu i ówdzie dochodzi nawet do pierwszych patriotycznych wzwodów, niektórych nawet z wytryskiem. Kiedy zapóźniony, zacząłem chłonąć narodowo-kato-patriotyczną prasę, poczułem się wręcz jak w państwie frontowym i szum dostawczaków pod oknem, zacząłem już brać za szczęk czołgowych gąsienic.

Atmosfera przeto jest dość parszywa, nawet parszywa stała się pogoda, bezbłędnie dopasowując się do zapotrzebowania na parszywość. Bo niby jeszcze sierpień, a piździ jak u schyłku września, a może nawet w październiku. Jak dobrze pójdzie (a w zasadzie źle), to nam w tym wrześniu znów Ruskie tu wlezą, bo historia to zdradliwa dziwka, która lubi się dymać z każdym, byle tylko Polsce dopiec. Jednym słowem trzeba się zbroić i mobilizować.

Na szczęście jest na to pomysł.

Czytam sobie w pewnym katomoralizatorze, że do armii czym prędzej powinno się wcielić i postawić w stan frontowej gotowości, wszystkich ekstremalsów. Chodzi o entuzjastów sportów ekstremalnych: grotołazów, alpinistów i himalaistów, tudzież obowiązkowo miłośników zabaw w wojów i kowbojów. Bo oni się ewidentnie nudzą i na własne życzenie igrają z życiem i zdrowiem, za co potem musi płacić państwo, czyli my.

Więc jeśli tak ich to kręci, to niechaj sobie z tym życiem dalej igrają, ale w interesie ojczyzny. Czyli chujów w kamasze i na front.

Zgadzam się z tym i nie zgadzam.

Nie zgadzam się dlatego, bo sądzę iż z tych himalaistów i alpinistów tudzież grotołazów, to wielkiego pożytku nie będzie. To mocno pacyfistyczne środowisko, skupione jedynie na swoich wąskich celach. Ich interesuje wbijanie haków, trawersowanie w poprzek ścian, nie zaś czyszczenie kałachów i ewentualne obcinanie głów wrogom.

Zaś co do wojów i kowbojów, tudzież licznych członków licznych grup rekonstrukcyjnych, to pełna zgoda. Czują klimat, a skoro tyle już razy wygrywali dla nas choćby takie powstanie warszawskie, to niechaj chociaż raz wygrają prawdziwą wojnę. Ja na wszelki wypadek rezerwuje sobie jakąś lożę vipowska by móc lepiej dojrzeć szczegóły.