JE SUIS URBAN!”

Z czego i jak sieja się Arabowie i komu nie do śmiechu bywa, opisała w ciekawym tekście Marta Urzędowska. Rzecz jest tak naprawdę o losach i ciężkim czasem życiu satyryków w krajach muzułmańskich. Codziennie łamią oni społeczne i kulturowe tabu, ryzykując jednak nie tylko karierą, ale przed wszystkim zdrowiem i życiem. 

icon-kreska

Tekst „Ryzykowny śmiech Arabów“ przesympatycznej zapewne pani Marty, kończy się taką oto słuszną uwagą:

„Zamykanie i prześladowanie własnych dziennikarzy i satyryków, bynajmniej nie przeszkadza przywódcom krajów muzułmańskich występować w obronie wolności słowa. W ostatni weekend w paryskiej demonstracji na cześć ofiar ataków na redakcję „Charlie Hebdo” maszerowali m.in. szef egipskiego MSZ i przedstawiciele saudyjskich władz“.

Niestety, pani Marcie prawdopodobnie zabrakło odwagi, żeby postawić kropkę nad „i”.

nie-chrystus-320Bo cytowana uwaga, czy też raczej spostrzeżenie, byłoby dużo mocniejsze i jeszcze bardziej zgodne z prawdą, gdyby autorka wspomniała o obecności na paryskiej demonstracji pani Ewy Kopacz, która nieprzypadkowo znalazła się w tym gronie.

A chodzi o premier,  a więc przywódcę kraju w środku Europy, gdzie prokuratura, dokładnie w tym samym dniu kiedy szefowa manifestowała swą solidarność, zawlokła przed oblicze sądu redaktora naczelnego satyrycznego pisma „NIE“ Jerzego Urbana. Pan ten jest mianowicie oskarżony, uporczywie i po wielokroć, o „obrazę uczuć religijnych“ (cokolwiek to znaczy), a to za sprawą niewinnego raczej – jeśli zestawić to z karykaturami Charlie Hebdo – rysuneczku Chrystusa, który zamieszczam obok.

Polska dowodzona przez ową panią Kopacz, jest praktycznie jedynym krajem na tym cywilizowanym jakoby kontynencie, gdzie do tej pory obowiązuje prawo pozwalające za karać nie tylko za obrazę uczuć, ale i przedmiotów kultu religijnego. Więc coś komuś tu się ewidentnie popierdoliło.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że Polska kroczy dokładnie w tym samym szeregu domniemanych obrońców domniemanej wolności prasy i wypowiedzi co kraje arabskie, trzymając się jeszcze pod ręce.

Francuskie obrazki z manifestacji, plus tak zwane polskie samo życie, ewidentnie na to wskazują. Nie pozostaje więc nic innego, jak zakrzyknąć: „Je suis Urban“!