Międzynarodowa misja biskupa

gadecki-150302-1100500

Mniej więcej miesiąc temu nieoceniony w swej madrości i dobroci arcybp Stanisław Gądecki odwiedził chrześcijan. I byli to nie byle jacy chrześcijanie, bo ci prześladowani. Tak, moi mili. Nie mylicie się! Pan arcybp ruszył tłustą dupę (choć bywają bardziej tłuste) i podniósł ciężki brzuch z wygodnego fotela i pojechał do dalekiego Iraku, by braci w wierze odwiedzić w obozie dla uchodźców.

icon-red-line

Wielka łaska spadła przeto na tych bezdyskusyjnie biednych ludzi. Specjalnie z katolickiej Polski przyleciał do nich wielki łaskawca. Po policzkach łzami zmoczonych pogładził, dzieci po pupciach poklepał (ach te przyzwyczajenia), głową ze zrozumieniem pokiwał i wyznał że bardzo, ale to bardzo im współczuje. Obdzielił chojnie słowami pocieszenia, że jak będą się cierpliwie i żarliwie modlić, to dobry pan bóg i Jezus Chrystus na pewno tych modlitw wysłuchają a im się poprawi. A jak się nie będą modlić, to w skrócie mówiąc – ni chuja!

W sumie, zazdroszczę im tego zaszczytu, choć zdaję sobie sprawę, że wizyta jakiegoś kręcącego się pod nogami marudy z jakiejś Polski, jest ostatnią rzeczą której potrzebują.

gadecki-150302-350
arcybp Gądecki w obozie. Obok ksiądz Duglas Dawood dowodzący obozem. Dla małozorientowanych: Gądecki to ten kolo w beretce

Są też świadkowie na to, że w imieniu wiernych i biskupów polskiego kościoła, arcybp Gądecki przekazał 100 tysięcy euro na pomoc dla prześladowanych. Ale są też dwie watpliwości. Po pierwsze świadkowie są mało wiarygodni, i tylko się mówi o kasie, ale kasy nikt tak naprawdę nie widział. A po drugie kasę jeśli już, to dostał do łapy dowodzący obozem ksiądz Dawood, więc ile trafi na pomoc a ile budowę powiedzmy kościoła, to się dopiero za jakiś czas okaże.

Arcybp Gadecki ponoć bardzo się też tłumaczył, że tylko 100 tysi przywiózł, ale jak stwierdził, polski kościół jest wyjątkowo biedny i nie mogąc liczyć na pomoc państwa, wysupłał tyle i ile mógł.

Po czterech dniach harówki biskup uznał, że problem odfajkowany i powrócił do ojczyzny.

Kilka dni temu, na spotkaniu ze specjalistami z branży biskupiej, przy butelkach dobrego wina (biskup Wesołowski kurierem parę skrzynek przedniej włoszczyzny podesłał z serdecznymi pozdrowieniami dla kolegów), mięsiwie z rusztu i ciastach od Bliklego, zdał wyczerpującą relację z misji miedzynarodowej.

Najbardziej narzekał na wszechobecny smród, oraz na brak w tym niby hotelowym pokoju prysznica z ozonowaną wodą. Była tylko zwykła, jebiąca natarczywie chlorem. „To było irytujące – wyznał – Bo wyobraźcie sobie, że z pośpiechu nie wziąłem balsamu do ciała i chodziłem suchy jak skwarek. Moja skóra cierpiała“.

A w ogóle chłopcy bawili się dobrze. Ostatni biskup wstał od stołu około czwartej nad ranem.