Mistrz kierownicy uciekał, a bóg czekał i się nie doczekał

holowczyc-150312-1100520

Znacie sprawę mistrza kierownicy co uciekał? Na pewno znacie, bo głośno o niej ostatnio. W skrócie: mistrz Hołowczyc, znany też od pewnego czasu jako Rycerz Pana Boga, nieco przesadził. Tam gdzie wolno było jechać 90 na godzinę, zapierdalał 204, czym z lekka wkurwił panów policjantów. Kiedy wreszcie po pościgu, mistrz został zatrzymany, wpierw ofuknął stróżów prawa, a potem uznał, że w życiu nie jechał dwieście na godzinę, co najwyżej stówą, a jak gliniarze twierdzą inaczej to znaczy, że ich sprzęt do pomiaru prędkości jest do dupy. A w ogóle, jak im się nie podoba, to niech spierdalają, bo on jest Hołowczyc i żadnego mandatu jakimś powiatowym psom nie będzie płacił.

icon-red-line

Tak to wszystko się zaczęło – uwaga – półtora roku temu! Potem sprawa przycichła i nagle wszyscy teraz sobie o tym przypomnieli? Dlaczego teraz? Dlaczego po tak długim czasie do tyłka mistrza co uciekał, chce się nagle dobrać sąd, a i dziennikarze nie próżnują?

Mam na to proste i oczywiste wytłumaczenie.

Nie trzeba być zbytnio inteligentnym, by obczaić, że jest to kolejna, bezceremonialna próba ataku na ludzi wiary. Bo przecież nie przypadkiem wygrzebanie sprawy i atak na Hołowczyca, odbywa się nieco ponad miesiąc po tym, jak mistrz publicznie wyznał (osobiście wam o tym donosiłem), że kocha boga i chce być jego rycerzem.

(„I nawet, gdy czasem któryś z moich kolegów odchodzi po ludzku za wcześnie, wiem, że pan bóg go potrzebował, bo zbiera sobie tych rycerzy. I ja też chciałbym być w tej grupie, by tam Bogu służyć jako rycerz”)

Mistrz przyznał więc, że jest Prawdziwym Polakiem i gorliwym katolikiem, a Pan jest jego przewodnikiem po życiu doczesnym i gościem na spotkanie z którym się spieszy wręcz tego spotkania doczekać się nie może.

I to wystarczyło!

Bo takich ludzi, z zasadami i twardym kręgosłupem moralnym, to się nie lubi, oj nie lubi! Więc dopóki pan Krzysztof siedział cicho, to mu dawali spokój, ale jak tylko ofiarował się bogu, wręcz na drugi dzień przyszedł wyraźny rozkaz: zniszczyć chuja i pierdolonego katola. Ot i tajemnica wznowienia nagonki na mistrza.

To oczywiście wersja spiskowa, szeroko lansowana przez media katopsychiatryczne. Ma ona sens, tak jak i sens ma moja teoria, absolutnie nie spiskowa, tylko racjonalna. I szalenia prosta przy okazji.

Otóż moi mili, mistrz Hołowczyc, jako rzeczony Rycerz Pana Boga, śpieszył się na spotkanie z nim. Zapierdalał więc ile fabryka dała, żeby się nie spóźnić, bo spóźnić się na spotkanie z bogiem, to wielki wstyd i jeszcze większa hańba. Niestety, durni i małostkowi policjanci, pewni jebani ateiści i mentalna postkomuna, spierdolili mu to spotkanie, bo zwyczajnie nic nie rozumieją.

Przez takich żuli, Hołek musiał wyhamować, zatrzymać się, no i chuj bombki strzelił. Na umówione spotkanie nie dojechał. A wszystko było tuż, tuż, prawie że na wyciagnięcie ręki, wręcz za najbliższym zakrętem. Pytanie więc jest takie: kto ukarze tych bezmózgich gliniarzy, z winy których Hołowczyc poniósł ewidentne straty moralne, a jego powaga została wystawiona na pośmiewisko? Mogł być rycerzem, a dwóch chujów mu to uniemożliwiło. Pytanie więc, kto tu kogo po sądach powinien ciągać?