Piwo prawdopodobnie leczy z alkoholizmu

jarecki-150425-1100550

Cóż za optymistyczny przekaz i cudowna wiadomość! Kościół oto ogłosił, że biskup Jarecki „wyzwolił się” z alkoholowej sytuacji kryzysowej. Mówiąc po naszemu i bez niepotrzebnego pierdu-perdu, przekaz jest taki: alkoholik Jarecki prawdopodobnie się zaleczył. Liczymy, że  nie zacznie chlać, ale to czas pokaże jak jest naprawdę.

icon-blackmotiv-200

Przypomnijmy.

Jakieś trzy lata temu, na jednej z warszawskich ulic, stojąca tam latarnia bezpardonowo  zaatakowała  jadącego Toyotą biskupa Jareckiego. Latarnia – jak wykazało śledztwo – była zapiekle ateistyczna, stąd złośliwie nie ustąpiła miejsca pijanemu wysokiemu przedstawicielowi kościoła katolickiego, wymuszając pierwszeństwo. Wykazała się więc wyjątkową impertynencją, na granicy obrazy uczuć religijnych. Nic więc dziwnego, że za karę została usunięta i wszelki słuch po niej zaginął.

Jarecki – mimo że był to niedzielny poranek – miał już w sobie 2,5 promila alkoholu, czyli był całkiem konkretnie najebany. W każdym razie, nie licząc rozbitej Toyoty, nic strasznego mu się nie stało, bo został jedynie zawieszony w biskupich czynnościach i… wyjechał z Polski.

Skąd my to znamy?

Ano stąd, że to taka tradycyjna kościelna polityka, z powodzeniem praktykowana od lat. Pijacy, wszelkiej maści i stopnia żule w koloratkach, zwłaszcza zaś pedofile, natychmiast są odsyłani tam, gdzie nie jest ich w stanie dosięgnąć jakakolwiek ręka sprawiedliwości. I żyją sobie tam gdzieś w cieple i dostatku,  czekając aż cała sprawa ucichnie i nikt nie będzie juz pamiętał o co chodziło.

Mający więc pokutować i leczyć się z alkoholizmu biskup Jarecki, został skierowany do jednego z klasztorów trapistów, czyli trafił z deszczu pod rynnę. Bo ci trapiści (czy jak im tam) słynną między innymi  z wyrabiania mocnego piwa. Nie wiadomo w sumie czego tam Jarecki się nauczył, a czego oduczył, choć oficjalny przekaz jest taki że „zaszył się też na kilka miesięcy (…) gdzie pościł, modlił się i fizycznie pracował.”  Budzi to rodzaj szacunku, bowiem wysyłanie pijaka na kurację do browaru, okazało się na tyle skuteczną metodą, że Jarecki doszedł do siebie jak sam twierdzi i o czym chętnie opowiada w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego.

Żeby było jasne: biskup Piotr Jarecki to żaden tam szczególny przypadek, tylko jeden z wielu.

Wyjątkowość jego przypadku jeśli już, polega na tym, iż jest wysokiego szczebelka hierarchą, który nawywijał i dał się złapać. Podobnej skali wyczyny są udziałem dość sporego grona kościelnego pospólstwa i drobnicy, ale z racji tego że to pospólstwo, nikt tymi wyczynami za bardzo się nie interesuje, a jeśli już to lokalnie. Oczywiście znani są biskupi – ikoną tego bractwa jest Głódź – którzy chleją na umór, a ich wyczyny są powszechnie znane, tyle że nigdy nie dali się załapać, bo przezornie nie wsiadają do samochodów jako kierowcy (niektórzy to nawet prawa jazdy nie mają).

Cieszę się oczywiście (a wy pewnie razem ze mną), że Jarecki się zaleczył, bo to zawsze uratowane życie przynajmniej jednej latarni. Tylko jak długo potrwa taki stan bezczynności?