Ułani w swych malowanych maszynach

casa-150429-1100550

Wygląda na to, że sprawa ciągnąca się od roku 2008 wreszcie definitywnie się zakończyła. Chodzi o katastrofę samolotu Casa i konsekwencje wobec osób (a w zasadzie osoby) która zdaniem prokuratury wojskowej przyczyniła się do tej tragedii. Od początku było jednak wiadomo, że winni jeśli są, to z pewnością nie nazywają się Boniakowski i nie są kontrolerami lotu. Ba, jest nawet pewność, że nie żyją.

icon-blackmotiv-200

23 stycznia 2008 roku wspomniany samolot Casa lecąc z Warszawy, wywijając piruety między drzewami pod Mirosławcem, zawadził o ziemię i się roztrzaskał. Do piachu trafiło 20 osób, w tym 16 ze ścisłego kierownictwa sił powietrznych. Wracali z tej Warszawy, z nasiadówki poświęconej – o ironio losy – bezpieczeństwu lotów.

O przyczynienie się do katastrofy prokuratura wojskowa oskarżyła ówczesnego kontrolera lotów porucznika Adama Boniakowskiego. Przewinienie oficera polegało na „nieegzekwowaniu powinności związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa samolotu w trakcie podejścia do lądowania”. Niestety punktu widzenia prokuratury nie podzielały kolejne sądy, uniewinniając oskarżonego, ta zaś z uporem wnosiła apelacje i powtarzała oskarżenia. Koniec końców, zaledwie dwa dni temu Sąd Najwyższy uciął wreszcie te przepychanki i ostatecznie oraz nieodwołalnie uniewinnił Boniakowskiego.

Nie bardzo wiem, jak kontroler był w stanie zapanować nad bezpieczeństwem lotu, mając przed sobą kompletnie nierozumiejącą się i niedoszkoloną załogę, z wyłączonymi systemami ostrzegawczymi, plus mocno w rozrywkowym nastroju będących ważniaków z dowództwa. Lecieli z buta, na ułana i na wydrę, bo uważali, że im się wszystko uda. Nie udało się. Podobnie zresztą po ułańsku czyli bez wyobraźni i przygotowania latano w Smoleńsku, ale o tym za chwilę.

Katastrofa była więc efektem powszechnego tumiwisizmu i rozwydrzenia, tudzież ignorancji i  permanentnego nieprzestrzegania jakichkolwiek procedur, a nawet ich braku. Wykazało to śledztwo i wskazani nawet zostali winni zamieszania. Jednym z odpowiedzialnych za taki stan rzeczy był dowódca sił powietrznych generał Błasik. Minister obrony Klich nie miał tu wątpliwości i wystąpił przeto do prezydenta (Lech K.) o zgodę na odwołania bałaganiarza. Niestety, bezskutecznie. Prezydent nie zwykł odwoływać swoich przydupasów.

Jak się okazało, nieco dwa lata później, tą nierozważną decyzją Lech K. podpisał wyrok śmierci na siebie, oraz na 95 swoich gości, w tym i Błasika. Można rzecz, że Błasika spotkała więc kara bardzo surowa, może nawet niewspółmierna do przewinień jakich się dopuszczał.

Skąd ten wniosek? A stąd iż łatwo sobie wyobrazić, że gdyby tak wtedy Klichowi udało się jednak zdymisjonować tego nieszczęsnego generała, sprawy potoczyły by się zupełnie inaczej, a w konsekwencji pewne nie było by Smoleńska. Jednoznacznie tego rozstrzygnąć się już nie da, a jedyne co pozostaje (dla zachowania pozorów a może nawet twarzy) to ściganie z braku laku jakiegoś kontrolera, tak jak i z braku laku ściga się kontrolerów smoleńskich, wiedząc że to tylko na pokaz i dla zachowania pozorów, czyli psu na budę.