Z impetem ruszyła odnowa intelektualna Rzeczpospolitej

pis-150526-1100550

W niespełna dobę po ogłoszeniu, że mamy nowego prezydenta, obudziła się niepokorna elita Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, do tej pory schowana w podziemiu i dokształcająca się na tajnych kompletach. Ale zaświtała jutrzenka wolności, czas przeto wyjść z nory.

icon-blackmotiv-200

Większość z was pewnie nawet nie przypuszczała, jak wielkie jest to środowisko i jakim dysponujemy intelektualnym potencjałem. Czasu nie starczy, żeby wszystkich wymienić, pomijać to, że nie wiadomo od kogo zacząć, żeby nie daj boże nie urazić.

Wykład na temat wolności rozpoczął już w wyborczy wieczór wice szef PiS Mariusz Kamiński, skazaniec i jak rozumiem więzień sumienia, który stwierdził, że:

„Przez siedem lat był strach i pogarda. Teraz chciałbym zobaczyć strach szczególnie na twarzy Stefana Niesiołowskiego”.

Oczywiście Kamiński natychmiast zaprzeczył że coś takiego powiedział (nawet straszy procesem Wyborczą, która to opublikowała), ale umówmy się: trudno jest dać wiarę skazańcowi w to co mówi i oświadcza. Przecież właśnie za mówienie nieprawdy i nadużywanie władzy został skazany na odsiadkę. Teraz pewnie jego prezydent podpisze amnestię, ale to nie zmienia faktu, że był, jest i będzie zbirem.

Jeśli by jednak zostawić przestępców a skupić się na intelektualistach, to warto zauważyć wypowiedź profesora Wolniewicza, takiego przedziwnego abnegata i ekscentryka, którego w sumie mało kto kojarzy pewnie. Otóż powiedział on w przypływie euforii, że:

„Obudziliśmy się w nowej Polsce, to radosne zaskoczenie. Człowiekowi znowu chce się żyć“.

Stwierdzenie to każe przypuszczać, że profesor Wolniewicz (niech jego bóg lepiej czuwa nad jego zdrowiem) w ogóle nie spał. Co jest raczej dziwne, bo człowiek w jego wieku zazwyczaj śpi, lub robi pod siebie. W zasadzie to jednak żadne zaskoczenie, bo gość od lat funkcjonuje w jakimś dziwnym letargu, nie kontrolując zupełnie tego co wydala z dwóch ekstremalnie przeciwległych otworów swego ciała.

Wśród radośnie rozbudzonych znaleźli się też inni tacy jacyś, zazwyczaj niedoruchańcy, ale ponieważ to niedoruchańcy (typu Bajzelak czy Komarenko), to nie zamierzam strzępić na nich klawiatury. To margines, bez znaczenia.

Z rzeczy na razie marginalnych zauważyć należy też, domniemania co do składu przyszłej prezydenckiej ekipy pałacowej elekta Dudy. Problem w tym, że – jak to w PiSie bywa – kolega elekt nie ma żadnego zaplecza politycznego, a nawet to towarzyskie jest bardzo ograniczone. Gdyby było inaczej, dawno by z PiSu został wycięty. Prezydent Duda, zostanie więc pewnie w pierwszej fazie szczelnie otoczony przez pisowsko-kaczystowską agenturę, czyli zapamiętałych wylizywaczy dupy prezesa Jarosława.

Pierwsze doniesienia mówią, że w składzie tej ekipy znajdzie się nie kto inny jak profesor Legutko, ponoć mentor elekta. Dla przypomnienia, to ten sam profesor-mentor Legutko, którego do parteru sprowadziła i do lizania własnych butów przymusiła ekipa trzech małolatów z Wrocka, którzy wygrali z nim proces w sądzie.

Nie brak takich, którzy przypuszczają, że Legutko profesorem został tylko dlatego, że w czasie profesorskiego egzaminu, komisja ogłosiła przerwę obiadowa, a na sali został tylko woźny. Ale, powtarzam, to tylko plotki, choć w każdej plotce bywa ziarnko, a czasem ziarno prawdy. Czekam, kiedy zostanie ogłoszone, iż kapelanem prezydenta zostanie ksiądz Oko.

W każdym razie jedno nie ulega już chyba wątpliwości, że z impetem oto rusza odnowa intelektualna Najśmieszniejszej Rzeczpospolitej.