Jak w Gdańsku nieludzko szykanują Pislamistów

annakolakowska-150603-1100550

Nie wiem czy wiecie, ale Anna Kołakowska (foto), radna Prawa i Sprawiedliwości z Gdańska, cierpi z powodu dosięgających ją zewsząd represji. Wygląda to na zaplanowane działanie, na spisek, wręcz zamach na wolność i godność człowieka. Czyli mamy do czynienia z dolegliwością, na którą seryjnie cierpią prawie wszyscy pislamiści.

icon-blackmotiv-200

Na czym jednak polega problem z Anną Kołakowską?

W zasadzie to na niczym, bo tak naprawdę, poza istotnym problemem medycznym, innych powodów na horyzoncie nie widać. Chcę powiedzieć po prostu, że jeśli pani Anna czuje się mało komfortowa i ma przekonanie że ktoś ją represjonuje, to bez watpienia przyczyną takiego stanu rzeczy jest jej stan zdrowia.

Recepta na życie pani Anny polega bowiem na tym, że łazi ona po ulicach i protestuje.

I tak sprzeciwiała się już nadaniu jednej z gdańskich szkół imienia Tadeusza Mazowieckiego. Bo – jak dowodzi – nie można w ten sposób wyróżniać zdrajców kupczących przez całe życie interesem Najjaśniejszej. Wraz córką, mężem, babcią, psem i chomikiem, protestowała przeciwko „bluźnierczym ekscesom pseudoartystów, którzy pod szyldem „Golgota Picnic” obrażali Ukrzyżowanego“.

Nie wiem kim jest ten Ukrzyżowany, ale najprawdopodobniej to ktoś ważny, bo inaczej po chuj protestować. Pytanie czy w ogóle ów Ukrzyżowany czuł się obrażony, ale to już kwestia wtórna, jeśli ktoś ciekaw a ma do niego komórkę niechaj zadzwoni i zapyta.

Idźmy dalej…

Jakiś czas temu pani Ania Kołakowska czynnie protestowała przeciwko „obrażającej Pana Boga paradzie homoseksualnej“. Protest polegał na tym, że pani radna również z rodziną, usiadła w poprzek drogi, po której dreptała sobie owa homo demonstracja. Niestety, protest był nieskuteczny, bo przed rozdeptaniem, a być może i poważnym obiciem mordy, radną z rodziną uratowała policja. Zabrała radną na komisariat, nakarmiła, napoiła, dała zrobić siusi a nastepnie radiowozem odstawiła do domu. Gdzieś tam jeszcze pani radna sobie protestowała, ale w sumie nie w tym już rzecz.

Przejdźmy bowiem do owych represji, które dotykają radną w odwecie za jej bujne życie towarzyskie z wątkiem medycznym. Otóż radna, mimo że radna, to przy okazji jest nauczycielką. Po kilku ekscesach których się dopuściła, dyrektor szkoły już nie wytrzymał, i wkurwiony na maksa zaprosił panią Kołakowską na dywanik. Opierdolił niczym burą sukę, za to, że robi z siebie idiotkę, ze ośmiesza szkołę i zawód nauczyciela, i albo się uspokoi, czyli ustatkuje, albo on będzie musiał oddać sprawe do rzecznika dyscyplinarnego. Bo są wygłupy, które nauczycielom nie przystoją! I to są właśnie ponoć te szykany, które dzielną panią Anie spotykają. Strasznie to dotkliwe, prawda?

Oczywiście są tacy, którzy pani Ani serdecznie współczują, jak też tacy, którzy ją podziwiają, acz elektoratowi PiS niewiele przecież trzeba by wpaść w zachwyt. Jednak jakże wielu, w tym znajomi, koleżanki z pracy i koledzy, tudzież sąsiedzi, mają ją, niczym ów dyrektor szkoły, za kompletną wariatkę i przy byle okazji wytykają ją palcami. Nie wiem tylko, czy to szykany, czy może jednak przejaw zazdrości z powodu niewątpliwie medialnej kariery, którą pani Anna Kołakowska konsekwentnie robi.