Ze śmiercią jej do twarzy

kania-150802-1100550

Śmierć miliardera Kulczyka drażni wyobraźnię czujnych, zazwyczaj prawicowych publicystów. Głos zabrała nawet redaktor Dorota Kania. To wysokiej klasy specjalistka od rozkminiania biznesmenów na drobne, wprawna zwłaszcza w wyłudzaniu od nich pożyczek. W tym sensie z pewnością wie co mówi, niezależnie od tego co ślina jej w danym momencie na język przyniesie.

icon-blackmotiv-200

Biegłość z jaką podejmuje okoliczności śmierci Kulczyka budzi szacunek i rodzi podejrzenia, że być może i u niego zaciągnęła jakieś pożyczki, których nie zamierzała zwrócić. Wygląda na to, że problem ma już z głowy. Ale to tylko – mocno podkreślam  – nic nie znaczące przypuszczenia, nic najpewniej nie mające wspólnego z rzeczywistością.

Najbardziej błyskotliwe odkrycie redaktor Kani, sprowadza się do tego prostego i porażająco  jednak prawdziwego stwierdzenia,  że „nagłe odejście Jana Kulczyka jest dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem”.  Ani chybi, tak właśnie jest, ale dopiero Dorota tę  brutalną prawdę mi uświadomiła. Stukrotne dzięki Doroto, sam nigdy bym na to nie wpadł!

Dorota Kania ma też teorię, że ta zaskakująca i banalna z pozoru śmierć , wcale nie była taka banalna i zaskakująca. Bo po pierwsze, dlaczego ten Kulczyk umarł w zwyczajnym, wiedeńskim szpitalu-molochu, a nie w wypasionej prywatnej klinice? Zaiste tajemnicze to zdarzenie. Czyżby NFZ nie zgodził się na koszty?

Drugie zasadnicze pytanie jakie się rodzi, to na co ten Kulczyk umarł. Zator, zawał, rak czy strychnina? Komunikaty są sprzeczne, a sprawa w związku z tym jeszcze bardziej jest podejrzana. No bo nie może być tak, że rano umarł z powodu zatoru, po południu na zawał, a wieczorem z powodu zaawansowanego stadium raka.

Trzecie zasadnicze pytanie jest takie: dlaczego w ogóle ten Kulczyk umarł. I jest to najbardziej zasadnicze pytanie, które po części może zawierać odpowiedzi na dwa poprzednie.

W każdym razie – konkluduje Dorota Kania – Kulczyk raczej nie umarł dlatego, że był chory. Jeśli cokolwiek było chore to jego układy biznesowo- towarzyskie, które wywołały u niego niechybnie nieznany dotąd gatunek sepsy.

Pamiętajmy o: podsłuchach i aferze taśmowej, ropie, spotkaniach z rosyjską agenturą, ciągłym bywaniu w tym Wiedniu, stolicy europejskiej agentury (przecież Kulczyk to nie pierwsza fisza, która tu tajemniczo straciła życie), niewłaściwych kolegach i w ogóle niewłaściwych wyborach… pewnie czegoś nie wymieniłem, ale generalnie wiecie o co chodzi. A chodzi w skrócie o to, że to jednak ci ruscy zamordowali Kulczyka, bo ruscy wszystko mogą, zwłaszcza jak inni nie mogą, lub z jakiś powodu nie chcą. I to jest ta teoria, która prawicy narodowej najlepiej odpowiada i układa się w sensowną całość. Powstanie, zamach i Kaczyński, Kulczyk… aż strach pomyśleć kto może być następny. Macierewicz urobi się po pachy.

Tylko nie wiadomo jeszcze do końca (trwają narady programowo-ideologiczne), czy przeciwko tym ruskim wytaczać teraz kolejne haubice mszcząc  zbrodnię na przedstawicielu polskiej elity, czy może wręcz przeciwnie, dziękować im i całować po rękach.

Wedle Gmyza, interesy Kulczyka były śmiertelnym zagrożeniem dla Rosji , więc Moskwa go na bank ukatrupiła, bo miała w tym interes. Wedle innych, śmierć Kulczyka była efektem walki buldogów pod dywanem z taśm i podsłuchów, inspirowanych zresztą również przez Moskwę  i w tym sensie jednego szubrawca mniej, zwłaszcza takiego co to bogacił się rozkradał narodowy majątek. To to lepiej dla Polski. Dziękujemy ci Rosjo! No takie mniej więcej dyskusje toczą się na kanapie, w prawicowym salonie politycznym, i to starała się z właściwą sobie swadą i sprawnością opisać Dorota Kania.

PS. Stawiając na drugą nóżkę, mógłbym na przykład napisać o rodzącym zdaje się Pokoleniu JKII, ale czy warto, naprawdę czy warto…?