Galopująca dewaluacja

inka-150827-1100550

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w najbliższą niedzielę w Gdański odsłonięty zostanie pomnik Danuty Siedzikówny, znanej pod komercyjnym pseudonimem „Inka”. Jeśli dobrze liczę jest to drugi pomnik Siedzikówny (po Krakowie), acz spokojnie, następne już powstają. W kolejce ustawia się między innymi Warszawa i Białystok, oraz jakaś pipidówka na Podlasiu, z którego owa Inka pochodziła.

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko Ince, choć błądziła i się miotała, ale taka jest już przypadłość młodych i niedojrzałych ludzi. Zdecydowanie więcej mam przeciwko pomnikom, bo to inwestycje często mocno chybione, emocjonalnie skażone, wydumane, nadęte, wybiórczo słuszne a więc zafałszowujące historię, oraz artystycznie zazwyczaj koszmarne.

Jeśli przyjmiemy teraz taką oto politykę, że każdemu zastrzelonemu przez bezpiekę stawiać będziemy pomniki, niezależnie od ich zasług a tylko dlatego, że zostali zastrzeleni, to lada moment będziemy mieli poważny deficyt miejsc na tyle „godnych”, by te taśmowo powstające pomniki wystawiać. Celowo nie wspominam o dewaluacji pojęcia „pomnik”, bo ta dewaluacja jest już galopująca.

Patrząc na życiorys Inki, można mieć jednak pewne wątpliwości, potwierdzające wspomnianą powyżej dewaluację.

Urodzona na Podlasiu w 28, zginęła w Gdańsku w 46, w okolicznościach raczej tragicznych, co w tym czasie nie było wydarzeniem jakimś szczególnie wyjątkowym, ani odosobnionym. Rąbano wtedy ostro drwa, więc leciały wióry. To po pierwsze.

Po drugie, trzeba mieć na uwadze, iż owa Inka zadała się z niewłaściwymi ludźmi i źle generalnie zainwestowała. Przez całe bowiem, krótkie „partyzanckie“ życie,  kolaborowała z Szendzielarzem „Łupaszką“, czyli gościem z którym współpraca, szczerze mówiąc,  nikomu chwały nie przynosiła i nie wychodziła na dobre.

Poza tym  Siedzikówna,  kiedy została zamordowana (tak, nie boję się tego słowa),  miała zaledwie niecałe 18 lat, czyli była głupiutką, naiwną nastolatką, zmanipulowaną przez natchnionych nawiedzeńców i  pozbawionych wyobraźni (i skrupułów) pomyleńców. I z tego też powodu jej bezsensowna  i tragiczna śmierć,  budzi szacunek, ale też zwyczajny żal, że osoba tak młoda i mająca przed sobą całe życie, życie to bez sensu straciła.

Zmierzam więc do tego, że pochylmy nad nią głowy i łzę urońmy, ale z pomnikiem  to jednak przesada, bo te powinno stawiać się za czyny wielkie, nieprzeciętne  i ponadczasowe, a nie za nieprzemyślane życiowe wybory.

Na pocieszenie można powiedzieć, że ów gdański pomnik Siedzikówny charakteryzuje się tym, iż jego bohaterka wygląda na nim lepiej niż w rzeczywistości. Nie wiem czy autor tak zamierzał, czy po prostu tak mu wyszło, ale chwała mu za to. To zupełnie odwrotnie,  niż w przypadku choćby rozlicznych i niepoliczalnych już pomników Wojtyły, gdzie obiekt kultu jest zazwyczaj koszmarnie koszmarny, niczym wyjęty z horrorów klasy B.