65. miesięcznica. W oczekiwaniu na zmartwychwstanie

miesiecznica-150911-1100550

Cichutko, wręcz niepostrzeżenie minął nam wczorajszy mały jubileusz. A jubileusz to w sumie wcale nie taki mały i nie byle jaki, bo 65 miesięcznica zamordowania w skrytobójczym zamachu prezydenta Lecha Kaczyńskiego ze świtą. Od razu zaznaczam, że świta najmniej tu się liczy.

Niestety im więcej miesięcznic, tym mniej chętnych do ich czczenia. Taka jakaś dziwna zależność zachodzi.

Ponieważ wczoraj – tak się złożyło – byliśmy z kolegą na etapie upodlania się w okolicznych knajpach (Jezu jak ja nie cierpię ciepłej wódki i jak trzącha mną widok piwa), była okazja poobserwować całe to towarzystwo. No, powiem tak: tłoku to nie było, oj nie było, a dodatkowo proszę mieć na uwadze, że mogliśmy widzieć podwójnie.

Liczyłem na to, że kiedy pątnicy dojdą do Pałacu Prezydenckiego, lokator kwatery wyjdzie do pielgrzymów, albo chociaż z okna pomacha chusteczką, ale nic z tego. Nie doczekaliśmy się (mogę tak chyba powiedzieć) jakiegokolwiek gestu solidarności ze strony pana prezydenta. Zaszyty w Pałacu sam pił, pewnie do lustra.

Na szczęście jak zwykle był Prezes Kaczyński, czyli de facto nadprezydent, więc szczerze mówiąc Duda wcale nie był tu potrzebny, skoro gości pozdrawiał i wizje nakreślał sam jego szef.

Ponieważ ciepła wódka wchodziła powoli w reakcję z zimnym piwem, nie do końca zarejestrowałem przesłanie wodza narodu. Zdaje się, że znów coś mówił o jakimś tajemniczym testamencie, a przede wszystkim o jakimś wielkim człowieku, co wzbudziło we mnie podejrzenia, czy aby trafiłem na właściwą imprezę.

Bo przyszedłem (przypadkowo) na 65 stypę po Kaczyńskim, a tu nagle ktoś mówi o jakimś wielkoludzie. A o ile dobrze pamiętam, Lech Kaczyński kolosem nie był, raczej zaliczał się do tych karłowatych i to pod każdym względem.

Dopiero wspomniany kolega, w nieco lepszej kondycji, bo większy, potężniejszy i lepiej w bojach zaprawiony, obczaił sytuację i potwierdził, że impreza jak najbardziej właściwa, tylko my niewłaściwi, czyli za bardzo jednak nie pasujący do otaczającego nas towarzystwa. Ta impreza była zdecydowanie nie dla nas, nic nie pasowało do naszego nastroju.

Elegancko więc, wręcz po angielsku, opuściliśmy tę prywatkę, szukając szczęścia i dziewczyn gdzie indziej, bo te nieliczne, pielgrzymujące z Prezesem, jakoś szczególnie nam nie podchodziły, mimo że wraz z ilością alkoholu zazwyczaj rośnie tolerancja.

Ale obiecaliśmy sobie, że ponownie tu wpadniemy za miesiąc i wcześniej już nic nie będziemy mieszać, tylko świadomie przeżywać, tym bardziej, że to będzie 66 miesięcznica. Czy to prawda, że dwie szóstki obok siebie mają jakieś magiczne znaczenie?

PS. Zapytany o to, ile tych miesięcznic będziemy musieli jeszcze znosić, pewien prominentny działacz PiS (acz z dystansem) odparł, iż będzie ich tyle, ile było ofiar katastrofy… przepraszam zamachu. A co potem – pytam. „No jak to co? Prezydent zmartwychwstanie!” Jezusie Chrystusie, nie mamy dla ciebie dobrych wiadomości. Czas byś zaczął pakować walizki.