Kościół rodziną mocny, choć przykłady nie najlepsze

last-supper-151011-1100550

icon-explicit-content-80Tak zwany Jan Paweł II, znany niektórym jako Wojtyła, chętnie udzielał różnych rad, które dziś bez względu na ich wartość, uznawane są za intelektualne objawienie. Wspomina się nawet o jakimś testamencie, ale umówmy się, testament niesie za sobą konkretne, materialne zazwyczaj wartości, nie zaś tylko niby intelektualny bełkot.

W każdym razie na okoliczność watykańskiej nasiadówki purpuratów, którzy z uporem radzą nad tym co ich jako singli kompletnie nie dotyczy, te i owe katomanipulatory przypominają o radach jakie miał ów Wojtyła dla rodzin, by te stały się bardziej doskonałe.

To na swój sposób fascynujące.

Wedle recepty doktora Wojtyły, by rodzina była szczęśliwa, potrzebne są trzy rzeczy. Musi z nią koniecznie mieszkać Chrystus, musi zawsze pod ręką być różaniec, oraz muszą się bzykać tylko i wyłącznie dla życia a nie dla przyjemności, bo przyjemność to grzech i pójście na zatracenie.

Tyle w duży skrócie miał do powiedzenia na temat rodziny nasz szanowny nieboszczyk.

I nawet bym się szczególnie tym bełkotem nie zajmował, gdyby nie pewien cytat z mistrza, który przypadkiem przy tej okazji wpadł mi w oko. Mówił Wojtyła:

„Jedynym źródłem miłości małżeńskiej jest Jezus Chrystus, nieustannie obecny w sakramencie małżeństwa. Tak wielki jest ten sakrament! I małżonkowie mogą być pewni, że wraz z nim otrzymują siłę płynącą od Boga oraz łaskę, która będzie im towarzyszyła przez całe życie; tę rękojmię daje im wiara.“

To bardzo kontrowersyjna myśl, i wyjątkowo zabawna. Bo ja – ale sądzę, że nie tylko ja – za chuja pojąć nie mogę, jak przykładem miłości małżeńskiej i jej źródłem, może być facet taki jak Jezus.

To przecież był patologiczny lekkoduch i birbant, który nigdy nie dorobił się dzieci (przynajmniej oficjalnie), ba, być może nawet nigdy nie dorobił się stałej partnerki, bowiem teorie z Marią Magdaleną są tylko teoriami i naukowcy wcale nie są zgodni że to ona była jego żoną.

Owszem, pewnie ją posuwał, ale czy oznacza to, iż się z nią ożenił?

W każdym razie żonaty czy też nie (raczej jednak patologiczny singiel), gość skakał z kwiatuszka na kwiatek, bzykał co popadło, w tym – jak się sądzi – kolegów, których potem dla niepoznaki nazwano apostołami. Jakiś dziwny i nie do końca jasny związek łączył go też z niejakim Sejanem, przyjacielem cesarza Tyberiusza i dowódcą jego pretoriańskich kohort.

Sorry, ale czy bezdzietny, pewnie biseksualny i niestabilny uczuciowo, niedojrzały psychicznie (bo niby skąd te religijne odloty) gość, może być przykładem i punktem odniesienia dla dzisiejszych rodzin? Czy dla mame i tate może być inspiracją i źródłem miłości małżeńskiej? No, nie może!

Więc coś się temu Wojtyle pomieszało, choć mówił to w czasie, kiedy jeszcze był sprawnym gościem a nie napędzanym przez baterie alkaliczne obwoźnym świątkiem. W każdym razie ta rodzina strasznie Wojtyle siedziała w głowie, a w swoim długim i na swój sposób szczęśliwym życiu, sam w tym kierunku coś kombinował, ale to temat na inną notatkę, która pewnie już wkrótce.