Co i kto się komu kojarzy, bo mnie się on kojarzy źle

janecki-151124-300-2Powstanie i błyskawiczny rozgłos jaki zdobywa Komitet Obrony Demokracji, rodzi też błyskawiczną reakcję alergiczną kolegów Pokornych czyli dawnych Niepokornych. Strasznie ich ten Komitet  niepokoi. Ale ponieważ to specjaliści od wylizywania pisiej dupy, którzy podejmą się każdego zadania, nawet bycia jeśli trzeba papierem toaletowym, ruszyli więc do ataku.

Czołowy „mózgowiec“ tego środowiska Staś Janecki, nie owijając w bawełnę wypala z grubej rury. Porównuje KOD do znanego z wczesnego PRLu Komitetu Obrońców Pokoju.

Paralela to dość ryzykowna, bo KOD tak się ma do KOP, jak pisanina Janecki do rzetelnego dziennikarstwa. Ale jeśli zna się Janeckiego, to nic, żadne porównanie, ani żaden wniosek nie może dziwić. Bo ten typ tak już ma. A cóż to dokładniej za typ? Proszę bardzo.

Otóż tzw. karierę dziennikarską zaczął w roku 1993 w poznańskim jeszcze wtedy Wproście i była to kariera dość spóźniona, bo wieku bez mała 40 lat. Sprawnym piórem, choć nie tylko piórem jak podkreślają świadkowie tamtych dni, szybko wkradł się w łaski kierownictwa. Dostał etat i zaczął być kimś.

janecki-151124-700-b
Dorabia w Republice i skrobie paszkwile dla szczujni wPotylicę. I czuje się Polakiem, patriotą i poważnym dziennikarzem.

Wcześniej generalnie był nikim, a przynajmniej nikim, kto by się splamił jakąś pracą, niekoniecznie nawet pożyteczną. Był raczej typem wiecznego studenta, który z braku laku i jakiegokolwiek sensownego pomysłu na życie, studiował co się dało – od fizyki, po filozofię i historię sztuki. Próbował nawet robić doktorat, ale bez powodzenia. Ponoć działał w NZS, ale któż nie działał w NSZ. Tak, wszyscy działali kiedyś w NZS (lub Solidarności), tak jak wszyscy niemieccy kombatanci w czasie wojny służyli tylko w orkiestrach wojskowych. Ewentualnie w lazaretach.

Czas spędzał na nieustannych imprezach, czego akurat mu zazdroszczę i za co byłbym może w stanie go polubić. Ale jednak go nie lubię.

Uwaga: erudycja i talent kulinarny to cechy Janeckiego, które jego znajomi wymieniają w pierwszej kolejności. Ale wymieniają też cechy inne, nie mniej istotne, takie choćby jak gigantyczna wprost mitomania. Generalnie James Bond to przy Janeckim chłopiec do podawania herbaty. I ów mitoman, będąc już dość starym i zużytym chłopem, nagle został dziennikarzem. Czyli mitomanem, któremu za na poczekaniu tworzone mity zaczęto płacić pieniądze.

Tak powstała historia o czterech ważnych ruskich agentach usadowionych ponoć w samym środku polskiego rządu (1996). Historia która w ówczesnych mediach wywołała spore poruszenie, ale która skończyła się niczym. Bo nigdy nie było ciągu dalszego i nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy to prawda, czy to tylko wytwór wyjątkowo sprawnej wyobraźni autora.

W każdym razie dzięki tego typu historyjkom, Janecki stał się gwiazdą i szybko awansował, do rangi naczelnego włącznie.

Po drodze było jeszcze kilka mrożących krew w żyłach historyjek, tak anegdotycznych i absurdalnych, że dziś wierzyć się wprost nie chce, iż ktoś mógł wypisywać takie pierdoły a ktoś inny to drukować. Słynny był na przykład tekst Janeckiego o piratach jakoby grasujących po Bałtyku i najeżdżających oraz łupiących nocą wioski na naszym Wybrzeżu. Tekst o paru wynędzniałych kurwach z warszawskiego Pigalaka, przerodził się w potężne story o międzynarodowym przemyśle dostawców erotycznych usług. Nie kto inny tylko Janecki, wymyślił króla polskich żebraków, który mieszka w kanałach pod Dworcem Centralnych i opływa we wszelkie luksusy, do tego stopnia,  że na obiad do Bristolu zajeżdża Lexusem na stałe zaparkowanym obok Pałacu Kultury.

„Nie miał żadnych skrupułów w nadmuchiwaniu tematów i zmyślaniu faktów” – zeznaje jedna z jego byłych redakcyjnych koleżanek.

„To jeden z najzdolniejszych redaktorów i bajkopisarzy, tyle tylko że jest kompletnie pozbawiony kręgosłupa i zasad“ – dodaje inny z dawnych kolegów.

 Aha, należy też pamiętać, że Janecki to człowiek szykanowany i prześladowany przez bezpiekę od najmłodszych lat. Bo do kazamatów tej bezpieki, na wielogodzinne przesłuchania, połączone z wyrywaniem paznokci i wybijaniem zębów, trafił już w wieku 12 lat za odmowę napisania w szkole wypracowania o Włodzimierzu Leninie. Fascynujące, prawda!?

Kiedy w 2010 roku Wprost został przejęty przez nowego właściciela (Point Group), Janeckiego z hukiem wypierdolono, co oczywiście nie przeszkadzało mu w opowiadaniu, że jakoby w proteście przeciwko antydemokratycznym i antypolskim zmianom w tygodniku, on jako człowiek honoru podał się do dymisji i odszedł z redakcji. No i jak napisał na pożegnanie z przytupem:

Napisać można każde głupstwo – wszystko jedno, czy wazeliniarskie, czy inkwizytorskie. Tylko po co? Zawsze mnie śmieszyło obsadzanie się wielu kolegów w roli jawnie partyjnych agitatorów”.

No, robi wrażenie, nieprawdaż? Tym bardziej, że to jakby o sobie napisał.

A potem?

A potem pracował w radiowej Trójce – wypierdolili. Pracował w telewizyjnej Jedynce – wypierdolili i zakazali wstępu. Gdzieś tam jeszcze się zahaczył – wypierdolili i zrzucili ze schodach. Teraz trafił do wolnych mediów, do wczoraj jeszcze niepokornych. Dorabia w Republice i skrobie paszkwile dla szczujni wPotylicę. I czuje się Polakiem, patriotą i poważnym dziennikarzem. Tylko ja tego jakoś nie czuję.

No i te sztuczne włosy… Litości i godności trochę.