Szukamy tematu do narodowej superprodukcji

superprodukcja-151126-1100550

Rząd (a w zasadzie to nierząd) planuje w najbliższym czasie rozpisać konkurs  na produkcję filmową promującą Polskę, polską historię i polskich bohaterów. Zapowiedział to smakosz jogurtów i wybitny znawca kultur bakteryjnych profesor Piotr Gliński.

Produkcja ma być duża a nawet bardzo duża, prawdopodobnie nawet większa niż ego pana ministra i wicepremiera razem wzięte.  W zasadzie powinienem też dodać gdzie to powiedział, ale wstrzymuję się przez szacunek dla imprezy. Bo nie chcę im robić obciachu, a także chcę oszczędzić im drwin, że zaprosili (kiedyś)  ministra a dojechał niewiadomo czemu ministrant.

Anyway…

Jeśli to jest prawda i jeśli rząd rzeczywiście chce sfinansować  (jak tam wasze dodatki na bachory? Sfinansowane?)  ogromną,  z rozmachem zrobioną produkcję historyczną, sławiącą w świecie wielkość Polski  i wynoszącą mityczne bohaterstwo Polaków pod niebiosa, to widzę pierwszy i największy w sumie problem. No, bo co ma być – że tak powiem  – przedmiotem tej wielkiej produkcji a’la Pollywood?

Czy europejski, ba,  światowy odbiorca takowego trilera,  chwyci bez problemu kim jest na przykład wielki narodowy polski bohater Łupaszka Szendzielarz? Mocno wątpię.  Pilecki? Nikt go nie zna. Tak jak na świcie wszyscy słyszeli (zmowa niestety) o polskich obozach koncentracyjnych, tak nikt – daję słowo – nie słyszał o Pileckim. Ogień Kuraś – szkoda wysiłku. Lalek Franczak – może już prędzej, to jest zaczyn na jakąś zgrabną filmową opowieść z zębem, acz mimo wszystko wątpię,  czy da się  z jego przygód zrobić „Bonnie and Clyde” w wersji środkowo słowiańskiej. Pomijając to, że jak głoszą plotki napływające ze świata scenarzystów, wysuwana  do roli Clyde aktorka  Łaniewska, może nie wzbudzić  aplauzu wysmakowanego, rozpuszczonego i nihilistycznego widza europejskiego. Zresztą  proponowany do roli Lalka (czyli Bonniego. Ale nie Michała) aktor Zelnik,  też raczej dupy nie urywa.

Nie wiem też, czy chwyci dajmy na to serial, pod tytułem „Wasze matki, nasze AK”, bo mimo,  że to będzie słuszne antidotum na chamski niemiecki paszkwil, to jednak o tyle chybione,  że Niemcom AK kojarzy się ze wszystkim,  tylko nie z AK. Najczęściej zaś (wiem, to stary dowcip) z  Africa Korps.

Po tej krótkiej analizie wychodzi więc na to, że jedynym naszym narodowym skarbem, teraz, od ręki i na zawołanie, wielkim bohaterem, jako tako kojarzonym na świecie, choć nie wszędzie kochanym miłością tak bezwarunkową  jak w Polsce, jest przewielebny, licznych talentów i przywar Jan Karol Wojtyła Paweł II. Obowiązkowo świętej pamięci.

Nie wykluczam też, że potencjał niebywały ma bohater dwóch narodów (polskiego i gruzińskiego) poległy w nierównej walce na przedpolach Smoleńska Lech Aleksander Kaczyński, ale po pierwsze temat mocno już spalił (żeby nie powiedzieć spierdolił) reżyser Karuze, a po drugie poczekajmy na beatyfikację, oraz wynik śledztwa, które być może, a prawie napewno, dopisze do scenariusza (przyszłego) nieznane nam epizody i heroiczne momenty.

Tak więc póki co zostańmy przy tym Wojtyle, bo to postać i bohater prawie kompletny.

Oczywistym jest, że jeśli dzieło ma chwycić (a przypominam,  że mówimy o świecie i  o promocji Polski w tym świecie), to oficjalny, raczej mdły życiorys pana Karola, tu się nie do końca sprawdzi. Trzeba go będzie lekko podretuszować, ale o to akurat się nie martwię, bo PiS ma naprawdę niezłych specjalistów od retuszowania życiorysów.

Koniecznym będzie dorobienie jakiegoś wątku narodowowyzwoleńczego. Czyli dobrze by było,  żeby szanowny pan Karol (świętej pamięci koniecznie) brał czynny udział w jakiejś akcji podziemia, żeby ze stenem gotowym do strzału biegał po ulicach Krakowa, zasadzał się na Franka (broń boże nie szwajcarskiego), w ostateczności sikał okupantom do kufli z piwem, albo pluł do kapusty z wurstem. Przydał by się też jakiś chwytający za serce romans, co akurat trudne nie będzie,  bo trzeba tylko jednoznacznie zdecydować,  który z jego romansów nagłośniamy i który najbardziej chwyta za serce.

Jeśli jeszcze do tej produkcji zaangażuje się dobrych hollywoodzkich aktorów (błagam,  zapomnijcie o Adamczyku!), to można by powalczyć o Oscara i na zawsze zmyć złe wspomnienia i niesmak jaki pozostał po Idzie.

Trzymajmy przeto kciuki, bo sukces naszej narodowej sławiącej ojczyznę kinematografii jest – jak podkreśla pan minier od kultury – naszym sukcesem.

♦ Uwaga, na fotografii promujacej powyższy tekst, szkic sceny powitania JPII w Domu Pana, przez rezydujacych tam od dłuższego czasu kardynałów.