Superprodukcja. Suplement

kirholm-151127-1100550

Niedawny tekst o poszukiwaniu tematu do narodowej superprodukcji filmowej zapowiedzianej przez pana premiera Glińskiego, wywołał nieco kontrowersji. Przede wszystkim pojawiły się głosy, że z tym Wojtyłą, w którym ja widziałem póki co i z braku laku głównego kandydata na bohatera tej epopei, to wcale nie jest takie znów halo i dobry pomysł.

Zdecydowana większość dyskutantów podkreślała bowiem, że Karolek to temat mdły, zgrany, zdarty, skompromitowny i przemielony na wszystkie możliwe sposoby. Była to jednak krytyka konstruktywna, bo dyskutanci krytykując, wymieniali jednak swoje typy. Podsumujmy przeto, zróbmy syplement do superprodukcji.

Przede wszystkim wrócił niestety Pilecki, ale na krótko i jednak definitywnie na „nie”. Mimo jednego głosu sprzeciwy, wyszło jednak na to, że o Pileckim nikt jednak na świecie nie wie i pewnie się nie dowie. Choćby dlatego, że każdy kraj mniejszy lub nawet większy, ma swoich bohaterów, czasem większych, czasem mniejszych, czasem nawet bardziej oryginalnych i z większa fantazją niż Pilecki.

Poza tym – tu argument, który za darmo podsuwam prawicy – Pilecki, szczerze między nami mówiąc, może by zrobił jakąś filmową karierę na Zachodzie (mówię o kandydacie na tworzywo), pod warunkiem wszak, że byłby Żydem.

Niestety nim nie był i to komplikuje bardzo sprawę a w zasadzie jednoznacznie ją przekreśla. Więc jak już nic innego nie macie do roboty koledzy narodowcy i pogrobowcyh, a zwłaszcza jeśli nie macie innych pomysłów na superhero, to może coś pogmyrajcie przy tym jego życiorysie, zróbcie coś i dopiszcie i dopasujcie, żeby było git. I nie obawiajcie się wpadki, bo ostatecznie nikt dziś z powodów oczywistych, nie będzie Pileckiemu sciągał spodni, by to i owo sprawdzić.

Żeby była jasność – osobiście nic przeciwko Pileckiemu nie mam, a nawet go podziwiam, bo trzeba mieć niepospolitą odwagę, czyli absolutny brak hamulców a może i odpowiedzialności, by zrobić to co zrobił. Czyli koleś był z fantazją, acz faktycznie mało praktyczną.

Natomiast dworuje sobie i wycieram gebą, bo na zmianę śmieszy mnie i wkurwia, pomysł tej całej propagandowej produkcji, tego Pollywood za dychę, który jest tak samo z dupy wzięty, jak z dupy wzięty i z otchłani jest minister kultury Gliński.

Padła też kandydatura pułkownika Kuklińskiego, ale brzmi to jak marny dowcip. Bo po pierwsze, Kuklińskiego wymiętosił już, przeżuł i wypluł, z marnym jednak skutkiem niejaki Pasikowski. Po drugie zaś, nie bardzo widzę powód, żeby ze zdrajcy robić narodowego bohatera i obnosić go po świecie, pomijając taki drobiazg, że od Kuklińskiego mieliśmy zdrajców dużo bardziej oryginalnych i haryzmatycznych i jakoś nie chcemy o nich robić filmów. Tak że moi drodzy odjazd tym Kuklińskim, to chuj, dupa, kamieni kupa.

No i wreszcie słusznie ktoś zauważył, że superprodukcja to musi być nie o jakiejś tam jednostce, tylko o wspólnocie, a najlepiej o wspólnocie która wygrywa, sławiąc przy okazji wielkość Rzeczpospolitej.

I tak na scenariusz czekają bitwa pod Kircholmem, bitwa pod Kłuszynem, oraz koniecznie zdobycie Moskwy, bo to wydarzenie hiperepokowe, nikt poza nami nigdy tego nie dokonał. Ale z drugiej strony moi drodzy powiedzmy sobie tak szczerze…

Przecież z błyskotliwego sukcesu militarnego, kompletnie nic nie wynika. Bo mimo, że coś tam kiedyś nawet wygraliśmy, to i tak skończyliśmy per saldo jak dziady, czyli wyszliśmy na tym niczym londyńska prostytuka wyszła spod noża Kuby Rozpruwacza. No, ale Polacy jak to Polacy, czasem dobrze nawet zaczynają, ale kończą zawsze fatalnie.

Być może więc – zamykając już na dobre temat – jedynym wyjściem na dziś, jest przełożenie na celulojowy język, historii bohaterskiej walki Jarosława Kaczyńskiego z komuną, walki tak zresztą wspaniale i głęboko zakonspirowanej, że nawet sama komuna o niej nie wiedziała. Bo gdyby wiedziała, to by to udokumentowała.

Scenariusz więc nie będzie się opierał na domniemanych dokumentach, ale na doniemanych domniemaniach, co oczywiście daje spore i niczym nie ograniczone pole do popisu scenarzyście. Doskonale zresztą wiecie, że wielkie widowiska i filmowe produkcje, rzadko kiedy mają coś wspólnego z rzeczywistością, bo inaczej nikt by ich pewnie nie chciał oglądać. I dlatego Jarosław wydaje się być wymarzonym kandydatem i jedyną nadzieją ministra kultury na miedzynarodowy sukces. Pomijając to, że chociaż na filmie będzie miał wreszcie 185 centymetrów wzrostu.

Jeśli podobał ci się ten wpis, plub mój profil na Fejsbuku. Polub mnie nim będzie za późno