Cała prawda o pewnej demonstracji. Choć nie tylko

demonstracja-autokary-151219-1400600

Słynna spontaniczna i całkowicie bezinteresowna demonstracja poparcia dla rządu PiS, ta równo sprzed tygodnia, wcale nie była ani spontaniczna ani tym bardziej bezinteresowna. Swoją drogą tylko naiwny by w tę spontaniczność uwierzył.

Na przyległych do trasy marszu uliczkach, a także przed Torwarem, zaparkowano dziesiątki autokarów. Przed i po demonstracji, atmosfera rozrywkowa.

W jednych autobusach grochóweczka z termosów, w drugim żurek z kiełbasą. W autobusach z zielonogórskiego, flaki z chlebkiem jak ktoś życzył. Do tego jakas flaszeczka rozpijana z plastikowych kubeczków, wcale nie jedna i wcale nie mała, oraz wszechobecne piwo. Lud się nademonstrował więc lud się musi odstresować.

Dwie panie z klubu Gazety Polskiej z Bydgoszczy (wcale nie ucharakteryzowane na moherówki) przyznają, kiedy przedstawiam się na wszelki wypadek jako pismak owej gazety, że do Warszawy na manifestację przyjechały chętnie, bo dawno nie były, a po drugie, w drodze powrotnej będą rozdawane obiecane wcześniej „manifestantom“ bony świąteczne wartości 200 złotych.

Z kolei pan ze Śląska nieco drinknięty, to fakt, przyznaje bez żenady, że był rozkaz z Solidarnosci by jechać. „A kto nie chciał ten chuj“. Więc za bardzo wyboru nie było, choć – jak mowi – koło pióra mu lata cała ta manifestacja i ten rząd, który za momanet „tak samo nas górnikow wyrucha jak ten poprzedni. Ale odmówić nie można było, rozumisz pan… Palcamy by potem człowieka wytykali, a po co mi to? (…) no i premie za wyjazd obiecali, a kasiorka zawsze się przyda“.

No taka to – w skrócie – była mniej wiecj owa spontaniczna manifestacja popracia.

Ale to jest jedna strona medalu pt demonstracje. Jest też i druga.

Otóż wieść niesie, że Kaczyńskiego zaczynają poważnie wkurwiać te demonstracje konkurencji. Wkurwia go to i jednocześnie niepokoi, bowiem przez kolejne dwa tygodnie nie dość, że te manify były dość widowiskowe, to jeszcze – o zgrozo – nie spotkały się z żadnym słusznym odporem. Nie było w praktyce żadnych kontrmanifestacji, które by stanęły na drodze zdrajcom i gestapowcom, które dały by czynny odpór, kamieniem, wyzwiskiem czy czymkolwiek.

Więc na dywaniku zameldowali się ponoć wczoraj wieczorem panowie Brudziński, a także Błaszczak i Kamiński (to on ponoć wymyślił ten numer z bombą przed sejmem). I zostały rozdzielone zadania.

Błaszczak ma za mordę wziąć policję, tak by ta zaczeła wreszcie reagować i dopierdalać do demonstrantów. Legitymować pod byle pretekstem, prowokować, zatrzymywać pod byle pretekstem, zamykać drogi dojścia, jednym słowem utrudnić życie zbierającym się KODowcom jak sie da.

Brudziński dostał zadanie dużo bardziej odpowiedzialne. Ma zorganizować w szybkim tempie kibolsko-prawacko-faszystowsko-narodowe bojówki, który będą w sposób zorganizowany atakowały demonstrantów. Ma być hardcorowo i gorąco tak, aby tej – jak mówi prezes – „lewackiej hołocie, odechciało sie łażenia po ulicach“.

Kamiński zaś ma zacząć na powaznie „rozpracowywć wodzów tej kontrrewolucji“. To dobry wybór, bo Kamiński zna się wyjątkowo dobrze na organizowaniu prowokacji i fabrykowaniu dowodów. Fakt, robi to czasem nieudolnie, ale takie są teraz czasy, że nie liczy się maestria i elegancja, liczą się jedynie efekty.

Czyli wychodzi na to, że po pierwsze szykuje się gorąca wiosna, a być może nawet bardzo gorąca zima. Po drugie, skoro na Nowogrodzkiej (choć już upatrzyli sobie pałac na Szucha po Trybunale) robi się tak nerwowo, to znak, że oni naprawdę zaczynają się obawiać ulicy. Ludziska, pora dokręcić im śrubę. A za rok, dwa, góra cztery lata, internujemy Kaczyńskiego. Wreszcie doczeka się tego zaszczytu.