Polak Węgier dwa tumanki

orban-kaczor-160107-1400600

Jak już doniosły media, wczorajsze spotkanie Orbana z Kaczyńskim, trwało sześć godzin. Dokładnie nie wiadomo o czym panowie gadali (o ewentualnej ucieczce rządu via Węgry?), acz wiadomo, że przez cały czas tokował raczej ten Orban a ten Kaczyński cały czas raczej notował. Na obiad w pensjonacie „Zielona Owieczka“ (zapamiętajcie tę nazwę i na wszelki wypadek odwołajcie rezerwacje, oraz omijajcie szerokim łukiem – tu goszczą dyktatorów), podano żurek i pieczonego pstrąga.

To dziwne, bo czego jak czego ale żurku Urban pasjami nie znosi, a z kolei Kaczyński nie przepada za pstrągiem. Pstrąga z kolei uwielbia Brudziński, który stał swym zwyczajem na straży w korytarzu. Chciał nawet dokończyć ledwo co widelcem dziabniętą przez Kaczyńskiego rybkę, ale prezes nie pozwolił. Rybka zawinięta w gazetę pojechała więc do Warszawy z przeznaczeniem na kolację dla kota Pana Prezesa.

Po drodze zdarzyło się małe faux pas, bo okazało się, że rybka została zawinięta w… Wyborczą. Prezes świadom ewentualnych konsekwencji zdrowotnych dla kota, kazał natychmiast pstrąga przepakować. Na szczęście kierowca prezesowy miał z sobą środowe wydanie Naszego Dziennika, gazety tyleż bezpłciowej co i niegroźnej, więc cała operacja przebiegła w miarę szybko bez większej szkody dla świeżości i kondycji kociej kolacji. Biedny Brudziński dostał więc znów kolejną zjebkę, bo nie zadbał w sposób należyty o bezpieczeństwo i dobre samopoczucie prezesowego pupilka.

Obserwatorzy i dziennikarze (nieliczni w sumie) zauważyli też inną znamienną rzecz.

Otóż przed oblicze dyktatorów nie został dopuszczony pan rezydent, wyrażający jeszcze we wtorek wieczorem gotowość wylizania tyłka przemiłemu gościowi z Węgier. Właściciel i dysponent zdecydował bowiem, iż pan rezydent nie powinien się zbytnio przemęczać, bowiem w nadchodzących dniach, będzie miał pełne usta roboty. Poliże sobie aż po kokardę i nie musi realizować się przy Orbanie.