Prędzej biskupi będą mieli żony, niż szkoła będzie świecka

episkopat-160203-1200600

Episkopat zabiera głos w sprawie projektu „Świecka szkoła” i jak zwykle to bywa, zabiera głos głupio. Biskupi użyli bowiem argumentu, że skoro wszyscy katolicy płacą podatki, to z automatu nijako powstaje obowiązek szerzenia przez państwo w szkołach katolicyzmu. Odwracając sytuacje, ale trzymając się stylistyki biskupiego intelektu, można by rzec, że skoro nie wszyscy podatnicy mają prawa jazdy i samochody, więc kompletnie niezrozumiałym jest finansowanie przez państwo budowy dróg i autostrad. Uczciwość nakazuje stwierdzić, że z tymi płacącymi podatki katolikami wcale nie jest tak wesoło. Bo przecież są katolicy, nawet bardzo prominentni, którzy nie za bardzo płacą, jak choćby zabierający ów słuszny głos w słusznej sprawie biskupi. Oni raczej od państwa biorą niż mu cokolwiek dają. Organizacja którą owi biskupi kierują, rok w rok drenuje budżet na plus minus półtora miliarda złotych. Tyle wychodzi, jeśli by skrupulatnie policzyć wszystkie te granty, dopłaty, fundusze, wsparcia i inne dotacje. Więc uczciwiej by było, aby skromnie w tej sprawie milczeli, acz  akurat skromność, uczciwość i prostota, nie za bardzo mieszczą się w kanonie zasad kościoła katolickiego. 

REKOMENDOWANE: Bijcie baby, to wasz katolicki obowiązek

Argumentów dlaczego religii nie powinno być w szkole jest multum, a wszystkie są doskonale znane i nie ma sensu ich tu powtarzać. Jedno zaś jest bezdyskusyjne. Jeśli kościół tak chce nauczać religii, a wierni tak chcą być nauczani, to nie ma przeszkód. Niechaj ten kościół uczy religii i sobie tę naukę finansuje przy współudziale nauczanych. Państwo oczywiście powinno w tym dziele kościół wspomóc i pilnie wprowadzić podatek kościelny, obejmujący rzecz jasna wszystkich członków tego kościoła. To dość proste i często stosowane w innych krajach rozwiązanie.

Skoro jest was katolików aż – ponoć – 95%, to biskupi i cały Episkopat z przyległościami, naprawdę nie mają się o co martwić. Kasa popłynie szrokim strumieniem. No chyba, że ów podatek zweryfikował by boleśnie hipotetyczną w sumie tezę, że większość Polaków to katolicy. Przy czym nie ma w tym wypadku tego złego co by na dobre nie wyszło. Bo może by i kościół coś tam wtedy stracił, ale my wszyscy zyskalibyśmy wreszcie wiedzę, ilu tych katoli tak naprawdę jest.

Poza tym byłoby to rozwiązanie uczciwsze wobec niekatolików, których paru jednak jest. Bo wtedy na ten kościół to ja już nie płacę, tak jak teraz chcąc nie chcąc płacę. Moja żona też nie płaci, bo jest mojżeszowa (dla jasności – na owego pierdolonego Mojżesza też nie płaci i płacić nie będzie), mój sąsiad przez płot też nie… no i tak dalej. Prosta i raz jeszcze podkreślam, uczciwa zasada.

Więc skończmy już tę dyskusję i uwolnijmy wreszcie szkoły od tyleż banalnej co i brutalnej i przymusowej de facto indoktrynacji. Przenieśmy edukację jezusową do krucht, pod warunkiem wszak, że moralnie i higienicznie będzie to przedsięwzięcie bezpieczne. Bowiem umówmy się, że dziś sytuacja jest taka mniej więcej, że w Polsce świecką szkołę bez religi jest równie trudno znaleźć, jak parafię bez księdza pedofila.