Rozum racz dać im panie…

swietowanie-160411-1000300

Kolejna miesięcznica a przy okazji rocznica męczeńskiej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego zdradziecko poległego na przedpolach Smoleńska, szczęśliwie już za nami. Ze smutnej i poważnej sprawy zrobiono festiwal głupoty. Piszę jak jest i nazywam wydarzenia po imieniu.

Z obserwacji wynika, że tylko resztki kompletnie już niezrozumiałej poprawności, nakazują organizatorom festiwalu, ciągle mówić a w zasadzie półgębkiem wspominać, o pozostałych 95 ofiarach. No, może nawet 94, bo zaszczytu świętowania na równi z prezydentem dostąpił również hetman polowy wojsk powietrznych Błasik, którego pomnik przez przypadek pewnie nie stoi jeszcze na centralnym dziedzińcu ministerstwa obrony.

Winny mu jest to pan minister Macierewicz, który był w Smoleńsku, wiedział co się dzieje, następnie spokojnie zjadł obiad i prysnął do Warszawy, nie interesując się dalszym rozwojem wypadków. Zauważcie, że nawet pierwsza dama Maria (swoją drogą, z dystansu czasu patrząc, chyba niedoceniana), nie jest tak fetowana, jak ów – wszystko na to wskazuje – pośredni sprawca całego tego zamieszania i wielkiej tragedii.

Tak, to nic nowego.

Ludzie szczycący się posiadaniem rozumu (trudno w to uwierzyć, ale w Polsce ciagle jeszcze tacy są), o przyczynach katastrofy wiedzą prawie wszystko i nie mają żadnych wątpliwości jak to się stało. Może jakieś szczegóły trzeba jeszcze wyjaśnić, coś doprecyzować, ale generalnie wiemy, że sześć lat temu mieliśmy do czynienia ze zwykłą lotniczą katastrofą,  zdradzającą symptomy samobójstwa.

Było to samobójstwo zupełnie przypadkowe, niezaplanowane, bo będące efektem zwyczajnej głupoty, tumiwisizmu, braku wyobraźni, chorych ambicji i charakterystycznej dla tego narodu bylejakości. Stąd też powstrzymuje się konsekwentnie przed używaniem ulubionego przez organizatorów festiwalu głupoty określenia o „poległej elicie narodu” i przez szacunek dla niektórych nie będę dalej tego rozwijał.

Obserwacja kilku ostatnich „miesiączek” (proszę nie poprawiać), a także wczorajszej rocznicy upewnia mnie też w przekonaniu, że tragedia stała się świętem. Jakby to to niedorzecznie zabrzmiało, wczoraj byłem świadkiem świętowania dramatu. Celebrowania rocznicy katastrofy.

Bo była to tak piękna katastrofa, tak po naszemu cudownie niedorzeczna, tak nasza pszenno-buraczana, że ze wzruszenia łzy wprost cisną się do oczu a sztandary same bez wiatru powiewają.

Była też tradycyjnie i zwyczajnie po polsku heroicznie-tragiczna, bo obowiązkowo z Ruskimi w tle, oraz – jak to zwykle – ze zdrajcami i Polakami Drugiego Sortu na zapleczu.

Była wspaniała, bo zginęła owa „elita”, bo ofiar było zadawalająco dużo, na tyle dużo, aby móc świętować, celebrować, czcić i rozpaczać i modlić się („wolną Polskę i rozum racz dać nam panie“). Gdyby tych ofiar było jeszcze więcej,  też byśmy się nie pogniewali, byłoby nawet jeszcze lepiej, jeszcze dostojniej, jeszcze straszniej a tym samym wspanialej.

I czekam tylko teraz (pierwsze sygnały wyraźnie już widać), kiedy to i w którą świętowaną rocznicę, zacznie się oddzielanie ziarna od plew, czyli kiedy „poległa elita”zacznie być sortowana wedle zasług i koloru języka, kiedy z tablic zaczną znikać nazwiska a groby będą znaczone farbą. Bo taka bywa kolej bezrefleksyjnego świętowania bezsensownych katastrof przez bezrozumny motłoch.