Andrzej wiedział nie powiedział.

blasik-160419-1000300

icon-aircrash-55Nie wiem czy to pamiętacie, ale równo rok temu, nieutulona w żalu Wdowa Konsekrowana Błasikowa, właścicielka najpiękniejszego dziubka w wolnej Polsce, udzieliła wywiadu pewnemu katolickiemu fanzinowi pod nazwą „Gość niedzielny”. W gruncie rzeczy chodziło o to, że jej poległy rzecz jasna za ojczyznę mąż Andrzej, wiedział że „jest planowany zamach na jakiś europejski statek powietrzny”.  (— Swoją  drogą i na marginesie, ten Błasik, człowiek dość rozrywkowy i prostej raczej męskiej konstrukcji,  musiał mieć z nią w domu tak zwany krzyż pański —).

I nie chodzi mi teraz o to, by przypominać tu ów nieszczęsny wywiad, tylko o to, by zadać fundamentalne pytanie. Właśnie teraz, kiedy Polska jest już wolna i z kolan powstała i o trudne rzeczy pytać bez obawy wreszcie wolno.

Otóż pytam przeto: skoro mąż Błasik wiedział, to dlaczego nic nie zrobił?

Nie wymógł na Kaczorze Mniejszym rezygnacji z lotu, nie odwołał lotu, nie wszczął alarmu, nie zrobił Rejtana, nic nie zrobił? Dlaczego pytam?! Ponoć się enigmatycznie tylko wyraził że „polskie służby specjalne wiedzą, co robią”. To za mało! Oznacza to, że najzwyczajniej w świecie machnął ręką, a jak tak wybitny i doświadczony generał macha ręką, to znaczy że sprawy nie ma.

Nie mniej generała dręczyły wątpliwości, stąd też planował na wszelki wypadek, zabrać generalicję do oddzielnego samolotu. Jednak przyszły wyraźne rozkazy (od kogo, proszę sprecyzować), by wsadzić dupy na pokład Tupolewa i lecieć razem z Kaczyńskim, zamiast robić chlew i aferę. Generał rozkaz wykonał, bo żołnierze Rzeczpospolitej rozkazy wykonują  zawsze i to bez szemrania. Jak już wsiadł na ten pokład w samobójczej niestety misji, to – wbrew krążącym i złośliwie rozpowszechnianym plotkom – był dla załogi tylko i wyłącznie nieocenionym wprost wsparciem, nigdy zaś ciężarem i tym, który mieszał im we łbach tylko dlatego, by błysnąć przed szefuniem i się dochrapać kolejnej choćby gwiazdki. Niestety, jak wiemy, sam stał się gwiazdką. Jedną z licznych na niebie.

Suma summarum więc zamach był, a polskie służby, które niby wiedziały co mają robić, nie zrobiły nic, albo… no właśnie, albo wręcz przeciwnie, zrobiły wszystko co w ich mocy, jeśli by się trzymać modnej od dłuższego czasu zamachowej frazeologii.

Wspominam dziś o tym wszystkim przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze hipoteza mimo upływu czasu, nadal jest urocza, odlotowa i równie pociągająca co i wdowa Ewa.

Po drugie, od momentu udzielenia tego wywiadu minął rok, w trakcie którego jakże dużo się zmieniło. Jest nowa i wolna Polska, która może wreszcie potraktować hipotezę wdowią z wyjątkową powagą, taką na jaką ona bez wątpienia zasługuje. I apelował bym do Macierewicza, aby wdowę Błasikową czym prędzej uczynił ekspertem swojej komisji śledczej, bo tym samym komisja wyższa uzyska rangę. Przyznać zresztą trzeba, że wdowa Błasikowa ma wyobraźnię wcale nie gorszą od paru szemranych profesorów, więc z pewnością dużego wstydu nie będzie. Z powagą  co prawda ma poważne kłopoty, ale to z kolei powoduje,  że jej powab rośnie,  wprost proporcjonalnie do kwadratu  odległości od najbliższego szpitala dla nerwowo chorych.