On mówił, oni gwizdali

duda-poznan-160629-1000500

icon-kiss-my-ass-55Odwiedzając swoim zwyczajem kolejne plebanie, Prezydent Najjaśniejszej odwiedził Poznań. Jako pretekst podano obchody rocznicy poznańskiego czerwca 56.  Niby nic wielkiego powiecie, nie takie numery pan prezydent robi. Ale jednak coś się działo. Znacząca część prawicowych mediów relacjonując owe wydarzenie, nawet się nie zająknęła o tym, że pan prezydent Andrzej Duda został wygwizdany przez poznańską publikę. Miał kłopoty z wygłoszeniem swojej mowy, bo nad placem głośno niósł się oprócz gwizdów okrzyk „Konstytucja, Konstytucja…“.

Ale żeby innym nie było przykro, że zostali pominięci, tumult panował również, kiedy na mównice wszedł minister od kultury Gliński usiłujący odczytać jakiś list od jakiejś pani Szydło. Posłańcy Pana Prezesa Kaczyńskiego muszą przeto  zrozumieć,  że przynajmniej w Poznaniu nie cieszą się zbytnią sympatią.

W zasadzie tu powinien nastąpić koniec mojej dzisiejszej notatki, no bo o czym tu pisać, skoro wszystko słychać i wiadomo jest wszystko.

Ale być może warto odnotować też szczegół taki, że wszystkiemu temu z pewnym zdziwieniem przyglądał się  Janos Ader, prezydent bratnich Węgier, tak bratnich, jak bratny był kiedyś Związek Radziecki (apel do gamoni: nie mylić z Romanem Bratnym). Chłopina nijak nie mogła zrozumieć i pojąć nijak nie mogła, że w Polsce gwiżdże się na Władzę!  To na Węgrzech nie mogłoby się zdarzyć, a jeśli by się zdarzyło,  to natychmiast wszyscy gwizdacze byli by aresztowani. Mimo próby tłumaczenia kolesiowi, że Polska mimo usilnych prób udupienia, to ciągle jeszcze jako tako demokratyczny kraj, on dalej nic nie czaił i dalej nie mógł pojąć tego co się stało i co na własne oczy widział.

Relacjonująca „obchody” telewizja rządowa skrzętnie gwizdy pominęła, wycinając z materiałów wszystkie możliwe efekty, natomiast z zadowoleniem odnotowała, że doszło do przepychanek pomiędzy „aktywistami KOD-u”  a – to już interpretacja moja – bojówkarzami organizacji  nacjonalistyczno- faszystowskich. Niestety nie wyjaśniono tła zatargu i nie wiadomo, kto przepychając się  protestował a kto dobrego imienia bronił.

Zasugerowano też, że Poznań to Poznań, to dawny przecież  zabór pruski, to ciągle jeszcze tlący się gdzieś pod podszewką duch germańskiego rewizjonizmu, że jednym słowem gwizdy i niecenzuralne okrzyki „Konstytycja”,  to kolejne dzieło „niemieckiej mniejszości” opłacanej przez Merkel i Brukselę, tęskniącej za wprowadzeniem w Poznaniu hajmatu. I to jest zresztą ta zasadnicza różnica pomiędzy gwiazdaczami z Poznania a gwizdaczami z Powązek choćby. Bo jedni gwiżdżą wrogo po niemiecku i na pohybel ojczyźnie,  a drudzy gwiżdżą, rechoczą, ryją drą i buczą po polsku, z pobudek czysto patriotycznych, w obronie czci i godności.