Te lektury to bzdury

czytanie-160708-1000500

Jeden z felietonistów pewnego portalu z krzyżem, nazywający się omen nomen Krzyżak, dowodzi, że pisowska reforma szkolnictwa jest bardzo potrzebna, bowiem wreszcie w takiej na wskroś nowoczesnej już szkole, będzie się… czytać „Krzyżaków” w całości. Pogląd jest interesujący o tyle, że dowodzi, iż idea torturowania dzieci i obrzydzania im czytania czegokolwiek jest wiecznie żywa, bardziej żywa niż żywy jest towarzysz Lenin z towarzyszem Stalinem razem wzięci. Szczęśliwy wiec jestem, że do szkoły już nie chodzę, bo na samą myśl o konieczności a nawet nieodzowności czytania Krzyżaków sierść na karku mi się jeży.
Jako wychowanek peerelowskich szkół, wiem o czym mówię, bo z owymi Krzyżakami przyszło mi obcować i była to koegzystencja wymuszona, budząca słabo skrywaną niechęć po obu stronach. Dochodziło do rękoczynów, tudzież innych objawów niekontrolowanej agresji a ojciec do dziś nie może mi przebaczyć, iż po barbarzyńsku obszedłem się z pierwszym tomem owej powieści, w drogim jego sercu (czyli ojca) przedwojennym wydaniu.

Napięte stosunku miałem również z wieloma innymi zalecanymi w tamtych czasach lekturami, ba, niektórych z nich w ogóle na wszelki wypadek nie brałem do ręki, redukując w ten sposób znacząco poziom młodzieńczej mej, a więc wyjątkowo niebezpiecznej frustracji.

Powiem i napiszę wam tak: gdybym był pilnym uczniem sciśle trzymającym się zaleceń nauczyciela z jednej strony i listy lektur z drugiej, to pewnie po skończeniu liceum, już nigdy w życiu nie wziął bym do ręki jakiejkolwiek książki!

Tak zwana lektura, nie tylko Krzyżaków, ale też Potopu, Nocy i Dni, Pamiątki z Celulozy, mdłego i pod niebiosa wynoszonego Mickiewicza i czegoś tam jeszcze, to poważny wstrząs dla każdego systemu, to trauma z której jakże wielu nigdy już nie wyszło.  Z wielkim wiec niepokojem patrzę dziś na próby reaktywowania owej sali tortur i kolejną próbę systemowego zniechęcenia młodych do czytania.

Zastanawiam się jednak czasem – tu gest w stosunku do kryżakolubnych – czy aby to, że unikałem studiowania literatury krzyżakopodobnej, narodowo słusznej, moralnie właściwej, nie odbiło się czasem tragicznie na mojej przyszłości. Bo jedocześnie gustując i pod kołdrą w zamian pochłaniając różnych takich Hemingwayów, Salingerów i Kerouaców, mogłem zejść na manowce, a to z kolei sprawiło, że jestem teraz takim narodowo nieczułym skurwysynem, łże-patriotą, katofobem, moralnym kaleką, złamasem jednym słowem, bez jakiś głębszych i wyższych uczuć, co to ojczyznę kala przy każdej najdrobniejszej nawet okazji. Zamiast z szablą na czołgi co by na dnie morza lec, wolę zdecydowanie lec nad morzem, najchętniej na leżaku i w pełnym słońcu. A to wszystko prawdopodobnie przez wraże i niewłaściwe jednak lektury.