Dożynki w Papierach

papiery-wartosciowe-160729-1200600

Nie często sięgam po Newsweeka, ale jak już sięgnę, to zdarza się, że na coś trafię. Tak jak teraz. To ważne o tyle, że należy pilnie odnotowywać wszystkie znaczące sukcesy epoki „dobrej zmiany”. Choćby po to, żeby potem wiedzieć za co komu urywać jaja. Polecam przeto tekst o obyczajach aktualnego prezesa Polskiej Wytworni Papierów Wartościowych Piotra Woyciechowski. Dla mających krótką pamięć przypomnienie: Woyciechowski to bliski kumpel Macierenki. Razem, z niewielką pomocą przyjaciół, różnych takich lolasków Bączków, Srączków i Pierdączków – dokumentnie rozpierdolili wojskowe służby specjalne. Dla zasady i dla fanu, bo taki mieli kaprys, acz zero wiedzy i umiejętności.

Teraz ten gość, czyli ów Woyciechowski, zabrał się za rozmontowywanie fabryki papierów. Po prostu z fabryki papierów wartościowych chce zrobić fabrykę papierów dłużnych. A zaczął od tego od czego zacząć najłatwiej, czyli od ludzi. A na czym jak na czym, ale na eksterminacji ludzi to on się zna.

zrzut-woyciechowski-newsweek-160729-800

Jak donosi przeto Newsweek, pan prezes grozi pracownikom, zastrasza ich a także bezceremonialnie wywala na bruk wszystkich tych, którzy z jakichkolwiek powodów mu się nie podobają.

Za późno się ukłonisz i czapki wystarczająco nisko nie uchylisz – na bruk. Nie pocałujesz w sygnet we właściwym momencie – na bruk. Nie patrzysz prezesowi prosto w oczy podczas rozmowy – na bruk. Twoje poglądy odstają od oczekiwanych – na bruk. Chodzisz na niewłaściwe msze, w niewłaściwym towarzystwie – na bruk! Tak to w skrócie wygląda.

W sumie w tej strategicznej spółce skarbu państwa, w ciagu siedmiu miesięcy królowania pana Woyciechowskiego, robotę straciło ponad 100 osób. A wsród nich: samotna matka wychowująca dwójkę dzieci, ojciec nieuleczalnie chorej córki, wdowiec z trójka dzieci, samotna kobietę mającą na utrzymaniu chorą matkę… i tak dalej i tak dalej, zawsze wedle tego samego schematu, bez przebaczenia i bez litości.

Ba, pan prezes szykanować zaczął nawet osoby, które uczestniczą w… mszach. Rzecz w tym bowiem, że skala prześladowań jest tak olbrzymia, iż pracownicy zaczęli zamawiać msze święte w intencji wyrzucanych. Woyciechowski zakazał jednak pod groźbą kary śmierci publikacji ogłoszeń o nabożeństwach, bo „źle wypływa to na nastroje załogi”. W zamian zaprasza ludzi na konkurencyjne msze, organizowane oczywiście przez siebie, „w intencji zarządu, pracowników i ich rodzin”.

Myślę sobie, że żadne msze tu nie pomogą, jedyne co może uzdrowić sytuację, to zakupienie solidnej taczki i wywiezienie pana prezesa do pobliskiego parku (opcjonalnie wysypisko śmieci). Po co tam go wywozić, znaczy się w jakim celu, to już sami wiecie najlepiej. Tak sprawy kiedyś załatwiano i z reguły problem rozwiązywał się natychmiastowo. Polecam więc tę sprawdzoną metodę, tylko żeby siniaków za dużo nie było!

» REKOMENDOWANE :: Epidemia zatacza coraz szersze kręgi

Woyciechowski nie zaprzecza, że tak właśnie jest. Kilka dni temu w wewnętrznym biuletynie, pracownicy PWPW przeczytali list od prezesa. Ów przyznaje, że informacje gazety są… precyzyjne.

„Dziennikarz uzyskał bardzo rozległą wiedzę o wewnętrznych sprawach naszej firmy: od spraw personalnych po zagadnienia handlowe. Zakres i szczegółowość zadanych pytań wskazuje jednoznacznie, że powstały one na podstawie informacji, które mogły zostać uzyskane tylko z jednego źródła – od pracowników Wytwórni. Tematyka pytań, ich ogromna ilość, a przede wszystkim szczegółowość zawartych w nich informacji dowodzą, że dziennikarzowi udostępnione zostały dokumenty źródłowe. (…) Za ujawnienie takich informacji grozi odpowiedzialność dyscyplinarna, cywilna i karna – także po ustaniu zatrudnienia. Zarząd będzie z całą stanowczością egzekwował przestrzeganie zasad ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa, a w szczególności będzie zwalczał wszelkie przypadki jej nieuprawnionego ujawniania”.

No nie dość więc, że chujek wywala ludzi jak śmieci, to innych, których jeszcze nie wywalił, zastrasza. I co, dalej macie jakieś obiekcje? Dorzucić wam się więc do tej taczki, czy też sami sobie dacie radę i załatwicie to we własnym gronie?

 

PS. Uwaga dla językowych naprawiaczy – „Dożynki” w tytule, wywodzi się ze słowa „żąć”, czyli ścinać lub kosić, np. trawę, zboże albo ludzi jak w tym konkretnym przypadku. O dorzynaniu pisiej watahy napiszę przy innej okazji.