Historia ministerialnego rojenia

historia roja-160825-1200600

Mamy w ukochanej naszej i odzyskanej ojczyźnie niesłychany skandal. Jury nie dopuściło do konkursu głównego festiwalu filmowego w Gdyni, cieniutkiego i naiwnego kryminału z wątkiem mistycznym pt. „Historia Roja”. Rozkochany przeto w kryminalnej tandecie minister od kultury Gliński (i wicepremier!), zrobił z tego powodu raban, dowodząc, że filmy kryminalne są po pierwsze priorytetem „nowej“ polskiej kinematografii, a po drugie uwalenie go przez jury, jest wynikiem skandalicznych i niedopuszczalnych uprzedzeń politycznych a nie faktycznej wartości – a precyzyjnie bezwartości – rzeczonego kryminału.

Jaka jest prawda

Ano taka jest ta prawda, że kryminały rzadko bywają bohaterami jakichkolwiek filmowych festiwali, no chyba, że wychodzą spod ręki jakiegoś reżyserskiego giganta. Umówmy się jednak, a szczerze mówiąc to nawet umawiać się w tym przypadku nie musimy, że reżyser Zalewski nie jest żadnym gigantem i nic nie wskazuje na to, żeby gigantem był kiedykolwiek.

Co prawda bohaterem filmu, jak na kryminał przystało, jest bandyta, który ma być tym dobrym bandytom (tu przynajmniej ocieramy się o klasykę), ale udowodnianie w filmie i to na siłę, że złe jest dobre, żadnemu filmowi jeszcze nie przysłużyło. Poza tym bandyta nie dość że jest zły, to jeszcze na dodatek głupkowaty a fabuła nie dość że mdła i dęta, to na dodatek jeszcze zwyczajnie prymitywna. Zmierzam więc do tego, że najgorsze są i najbardziej artystycznie niebezpieczne, filmy z przesłaniem, zwłaszcza zaś kryminalne, dodatkowo aspirujące do historycznej narodowej epopei. To wróży klęskę każdemu przedsięwzięciu, nawet gdyby wziął się za nie mistrz Polański.

Konkurujące z nimi w kinach i na festiwalach głupawe komedie i to skutecznie konkurujące, tym od wszelakich „Rojów“ się różnią, że nie mają szczęśliwie żadnej misji i żadnego przesłania i chwała im za to.

Coś się jednak ministrowi roi

Nie przywiązywałbym się więc do absurdalnej nieco tezy pana ministra, jakoby film Zalewskiego miał niewątpliwe walory moralne i historyczne, bo to może jest argument do zrobienia filmu w ogóle, a potem fetowaniu go przez określone środowiska, ale nie jest żadnym argumentem do pokazywania go na jakimkolwiek festiwalu. Tym bardziej że mam duże wątpliwości, czy aby pokazywanie bandziorów i morderców, jest „walorem moralnym“ godnym propagowania.

Nie odmawiam ministrowi Glińskiemu jednego (ostatecznie jest socjologiem o kulturze wie tyle co o bakteriach), do prawa bycia „zdumionym” i „smutnym”.

Tak to jest z tą kulturą, zwłaszcza nie scentralizowaną, że chadza sobie własnymi ścieżkami, zupełnie w sposób niepojęty dla przeciętnego ministra kultury i to jeszcze bez przygotowania. Zresztą gdybym był tym ministrem, a precyzyjniej, żebym był Glińskim, to również byłbym zdumionym, smutnym a nawet zażenowanym, iż ulubiony z jakiś powodów przeze mnie film, nie tylko został wyruchany z pokazu finałowego, ale owego festiwalu nie wygrał.

Bo pan minister jest z tej mało w sumie skomplikowanej szkoły, że konkursy są po to, że dopuszczani są wszyscy a wygrywa i tak ten kogo kandydaturę wcześniej z Kaczyńskim uzgodniono.

Poza tym pamiętajcie, że w demokratycznym niczym dzisiejsza Polska społeczeństwie, o tym co „wartościowe” i to co „kulturalne”, decyduje właśnie minister od kultury, a nie jakieś samozwańcze i nie zatwierdzone przez Prezesa jury.