Straszne skutki awarii telewizora

telewizor-160827-1200650

Mój telewizor miał zawał. Wezwany do domu uzdrowiciel orzekł, że awaria jego elektronicznego organizmu jest na tyle poważna, że biorąc pod uwagę wiek pacjenta i jego możliwości, jedyną opłacalną opcją możliwą do zaakceptowania jest szybka eutanazja. Jako zadeklarowany zwolennik eutanazji, nie miałem oporów przed takim rozwiązaniem. Od dłuższego zresztą czasu jakoś tak czułem, że potrzebny mi jest nowy, młodszy towarzysz na zbliżające się długie jesienne wieczory. A biorąc pod uwagę sytuację polityczną, będzie to pewnie jesień średniowiecza.

Nowy telewizor jest mniej więcej wielkości porządnego okna balkonowego i sądząc z opisu potrafi wszystko: parzy kawę, zmywa naczynia, pierze, gotuje i ceruje, a poza tym przy okazji wyświetla na ekranie róże takie fiki-miki. No cudo i szczyt techniki.

Chcąc docenić jego zdolności, oraz ocenić prawdziwe jego możliwości, szperałem po kanałach, by znaleźć te o najwyższej rozdzielczości i by w pełni cieszyć się niesamowitą – jak zapewnia mnie producent – jakością obrazu i dźwięku.

Uruchomiłem kciuk i zacząłem wędrówkę i w ten sposób trafiłem na długą listę kanałów muzycznych. To było niegłupie, bowiem kanały muzyczne zazwyczaj oferują bardzo dobrą jakość obrazu, wszystko HD, hifi a na dodatek i 4K gdzieniegdzie – nic, tylko się cieszyć i oglądać i napawać się wyjątkową jakością. Poza tym, dawno nie oglądałem żadnej telewizji muzycznej, za którą wieku temu przepadałem, ale odpuściłem, kiedy zmutowane MTV spsiało kompletnie, a wszyscy inni dostosowali się do jej poziomu. Poza tym być może dorosłem do tego, że muzyka, acz nie każda, jest przede wszystkim do słuchania, ale już nie koniecznie do oglądania.

Przeleciałem więc przez MTV Classic, MTV Hits, MTV Dance, MTV LiveHD, MTV Polska, MTV Rocks, 4Fun TV (+mutacje), VH1 (+nutacje), Nuta TV, DisciPoloLive (+mutacje)… wystarczy, bo i tak nie wszystko zapamiętałem. No i co? No i straszne bywają skutki awarii telewizora. Powiem/napisze wam tak…

Wszędzie bez wyjątku rządzą zawodzące, płaczliwe pedałki, albo dopiero co zdradzone, albo nieszczęśliwie zakochane, albo permanentnie samotne i wyjące do księżyca, albo tak szczęśliwe, że aż nieszczęśliwe.

Nie mam – jak wiecie – nic przeciwko homoseksualistom, wielokrotnie tu stawałem w obronie ich praw, mam kilku kolegów a nawet przyjaciół homoseksualnych, ale polityka stacji muzycznych zwyczajnie mi się nie podoba. No, nie można od rana do wieczora atakować zawodzącym pedałem zza węgła, chociażby dlatego, że wedle mojej wiedzy heteroseksualni też śpiewają, może nie koniecznie lepiej, ale też raczej nie gorzej.

Pomijając zaś wątek seksualności, to co stacje te pokazują a nawet promują, to wyjątkowy chłam, co prawda wystylizowane i perfekcyjne produkcyjnie, ale jednak gówno, gówno do kwadratu a może nawet do sześcianu, to gorsze od chińskiej konfekcji bawełnianej, irytujące, muzycznie kompletnie bez wartościowe, nawet w przeważającej większości mało chwytliwe. To paździerz!

I w ten sposób wpadłem w totalny, emocjonalny dół, bo myślałem, że przypomnę sobie stare dobre czasy, że odświeżę pewne przyzwyczajenia, że luknę znów na Springsteena, albo chociaż Stonsów, a dostałem niedoruchaną, pierdzącą dzidzię i to jeszcze z z jajkami.

A wszystko te nieprzyjemności, to przez jakiś zwykły, pierdolony telewizor, który się wziął i zepsuł.