Jak Bortkiewicz znak pokoju przekazuje

bortkiewicz-160912-1100600

Nie dość że ksiądz, to jeszcze profesor. Niestety, takie połączenia bywają zabójcze i zazwyczaj nic dobrego nie wróżą. Piję tu i to bez żadnych skrupułów, do księdza profesora Pawła Bortkiewicza, człowieka rozlicznych i nikomu niepotrzebnych specjalności, który jak już udziela się w mediach, to zazwyczaj się zapędza, czyli mówiąc po ludzku, po prostu pierdoli od rzeczy. Szczęśliwie robi to w mediach chwilowo mainstreamowych, których na szczęście nikt poważny poważnie pod uwagę nie bierze. To w istocie rzeczy marginalne gadzinówki.

Otóż sprytnie podpuszczony przez biegłych w manipulowaniu ludźmi oficerów politycznych portalu wPotylice, Bortkiewicz wyżywa się katolickim obyczajem i w dobrze znanym katolickim stylu, na środowisku LGBT, czyli tych kochających inaczej.

I teraz ważna uwaga, żeby nie było watpliwości…

Mimo że używam czasami niewyparzonego słownictwa i zdarza mi się pedałów nazywać pedałami, to mam nie zachwiany pogląd, iż każdy może kochać tak jak mu się podoba, i każdy może żyć jak mu się podoba. Nikomu takiej wolności i takiej przyjemności odbierać nie wolno.

Osoby homoseksualne, mogą więc żyć obok nas, mogą żyć tak jak chcą, tak jak im się podoba i tak jak jest im wygodnie, mogą się żenić, wychodzić za mąż (jak zwał, tak zwał), mogą a w zasadzie powinni mieć prawo do dzieci i do ich wychowywania. Mogą więc mieć to wszystko, co i my mamy, acz pod warunkiem, że innych nie będą zmuszać do życia wedle swojej recepty, że nie będą się domagali aby ich sposób na życie uznać za powszechnie obowiązujący standard. Czyli nie będą robili tego, co permanentnie robi Bortkiewicz i jego koledzy, plus zmanipulowani przez nich ludzie.

Poszło zaś głównie o słowa.

Poszło o to, że środowiska LGBT z pomocą chrześcijańskiego Tygodnika Powszechnego upominają się o poszanowanie swoich praw i że używają do tego celu słów, które kościół uznaje za zarezerwowane tylko dla siebie: „Przekażmy sobie znak pokoju”.

To tak ubodło Bortkiewicza. Więc bije pianę i zapluwa się w zapchlonym portalu. On ma prostą receptę i prosto wszystko tłumaczy.

„Oczywiście, że to fragment całej kampanii i strategii neolewicy. To element destrukcji i poniżenia instytucji małżeństwa, a w konsekwencji rodziny. (…) Pod kampanią podpisuję się również Tygodnik Powszechny. A to chodzi o ten „Tygodnik” co to dawno, dawno temu ponoć był katolicki? Ale teraz to chyba pismo Agory…”

W tym stylu mniej więcej paple sobie na całego pan ksiądz i profesor na dodatek Paweł Bortkiewicz.

Występuje zresztą w bardzo doborowym towarzystwie, trwale psychiatrycznie niezrównoważonym, bo na ten sam dokładnie temat, obok wręcz, wypowiada się dawno nie widziany i nie słyszany, ale niezmiennie uwielbiany i nieomylny ksiądz Oko.

„Trzeba pamiętać, że ci ludzie często są finansowani przez wrogów Kościoła. To są (tygodnik Powszechny) pisma niszowe, których nikt nie chce czytać. Żeby się utrzymać muszą brać pieniądze od różnych fundacji, także od fundacji Sorosa, od wrogów Kościoła. Dla nich słowa Sorosa są ważniejsze od słów Chrystusa. Trzeba przypomnieć, że zbawia Chrystus, zbawiają sakramenty, a nie dolary Sorosa”.

Tylko ciekaw jestem – kończąc tym samym dyskusję – czy jak pana księdza Oko, a i Bortkiewicza mam nadzieję, szlag jakiś trafi, czyli jakaś choroba go dopadnie, to czy lecząc się w pierwszej kolejności sięgnie po sakramenty tego Chrystusa, czy może raczej rękę wyciągnie po dolary, niekoniecznie Sorosa, choć pewnie i tymi nie pogardzi.

Praktyka uczy a obserwacje zdecydowanie to potwierdzają, że dotychczas powaleni różnymi dolegliwościami koledzy pana Oko, ci rycerze pana boga, zdecydowanie częściej liczyli na dolary, niż na cuda czynione przez Chrystusa. Bo dolary potrafią uzdrowić, a kolega Chrystus to już niekoniecznie.

Tak oto mówi nieugięty heteryk Revelstein do Oka (czy jak on tam się odmienia) i koniecznie Bortkiewicza, o nieznanych bliżej seksualnych upodobaniach.