Kościelny savoir-vivre (w Białymstoku!)

nogi-161101-1024600

Wśród niezbyt uzależnionych od wiary, lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że w białostockim kościele (parafia Św. Wojciecha Biskupa i Męczennika), czegoś nie wolno, lub też coś nie przystoi. Przyjrzałem się temu zjawisku i wyjaśniam o co chodzi.

Po pierwsze, sprawa to nie nowa, tego typu pouczania to może nie standard, ale zjawisko cyklicznie powracające. Co rusz jakiś wikary pomstuje na krótkie kiecki lub dekolty do pępka. I zawsze w takich wypadkach religiożercy wyją z zachwytu, bo oto w garść dostają kolejny dowód na to, że kościół to idiotyczna ogranizacja tworzona przez idiotów, przez idiotów zarządzana i idiotom służąca.

W rzeczy samej tak jest, to idioci dla idiotów – mówię to ja, zaprzysięgły religiożerca weteran – acz akurat w tym wypadku należy zachować dystans i daleko idący spokój.

Powiem wam tak: nie widzę nic zdrożnego w tym, iż białostocki kościół, a pewnie i każdy inny, życzy sobie, byś uszanował pewne zasady, które tam obowiązują.

Skoro kontestujesz te zasady, to po chuja w ogóle tam łazisz? To najprawdopodobniej miejsce w ogóle nie dla ciebie.

Bo co w tym dziwnego, że kościół oczekuje, iż nie będzie się siadało zbyt blisko konfesjonału, z zamiarem najpewniej podsłuchiwania grzechów, które popełnił spowiadający się akurat sąsiad. To może polski obyczaj, ale jednak nieelegancki.

Albo cóż dziwnego w tym, że „opieranie się o ściany, ławki i słupy, a także kiwanie się, przestępowanie z nogi na nogę i krzyżowanie rąk może rozpraszać innych wiernych oraz przedstawia postawę lekceważącą”. Toż to prawda i irytująca codzienność. Faceci podpierający słupy, dodatkowo jeszcze czochrają się po jajach, wychodząc zapewne z założenia, że kościół to idealne miejsce, by czochrać się po jajach (zazwyczaj nie mytych), dużo lepsze niż publiczna toaleta.

Moją szczególną uwagę zwrócił jednak jeden, dość interesujący i dający do myślenia zapis.

„…powinniśmy siedzieć prosto, nie krzyżując nóg, opierając stopy całą powierzchnią o podłogę. Kolana kobiet powinny się stykać, a kolana mężczyzn powinny być w odległości od siebie o kilka centymetrów”. 

Zaraz potem mamy zreszta rozwinięcie tej delikatnej kwestii.

„Kobieta siedząca w pierwszej ławce ubrana w krótką sukienkę czy spódnicę rozstawiająca nogi czy zakładająca nogę na nogę przeszkadza swym widokiem osobom będącym przy ołtarzu w spełnianiu ich posługi i daje im też w ten sposób wyraz swojego lekceważenia i nonszalancji”.

Kochani, wbrew pozorom jest to spory problem.

No bo weźcie pod uwagę, co się dzieje, gdy siedząca w pierwszym rzędzie niewiasta, przyłazi na mszę w kusej kiecce, na dodatek rozkłada nogi (zdarza się), a jeszcze niczym jakaś Sharon Stone z Pcimia Dolnego, nie założyła majtek (oj, zdarza się, zdarza…). Czy potraficie wczuć się w sytuację tego biednego pasterza (przez przypadek akurat nie pedofilia i nie homoseksualisty), który akurat odprawia msze, zlicza w pocie czoła te wafelki w kieliszku i miętosi biblię, a kątem oka zachłannie zerka na prześwitujący tu i ówdzie fragment ogolonej lub nie, cipki wiernej z pierwszego rzędu? Czy wy czujecie to co on czyje?

A nie daj boże dziecko jakieś usiądzie w tym pierwszy rzędzie, dziewczę w kusej sukieneczce, albo chłopczyna w krótkich gatkach, a ksiądz – prawdopodobieństwo wysokie – akurat pedofil? Czy i wy czujecie to, co i ksiądz czuje?

Więc to wszystko, wszystkie te zapisy, nakazy i zakazy, to  z troski o wasze bezpieczeństwo, oraz psychiczny komfort pasterza i który też człowiek i żadna cipka, ani kutasik nie są mu obce, ani tym bardziej obojętne.

Ale koniec z tym, przynajmniej u Wojciecha w Białymstoku.

Bo moi drodzy, wiara, i manifestowanie tej wiary regularnym uczestnictwem we mszach, to jest niestety jedno wielkie pasmo udręki i czasami trudnych do zaakceptowania wyrzeczeń. Rozważcie więc, czy was to interesuje i czy wam się to opłaca.