MARTA: pierwsza dama prawicy!

kaczynska-161102-8151100

Ponieważ tytularna Pierwsza Dama zawzięcie milczy, nie licząc jakiś słownych, nic nie znaczących popierdółek w ściśle wyselekcjonowanym gronie, więc na pierwszą damę prawicy wyrasta zupełnie niespodziewanie Marta Kaczyńska. Bo tak jak Pierwsza Dama milczy tak Marta rozwiera jadaczkę na prawo i lewo. Wprost proporcjonalnie. 

Milczenie urzędowej Damy jest zastanawiające i konia z rzędem temu, kto orzeknie, czy to efekt braku czegokolwiek do powiedzenia (pustak znaczy się), czy może bojaźni (chciałabym, ale mi zakazał i się boję bo jeszcze mi nakopie), czy może wreszcie zwyczajnej obojętności (co mnie to obchodzi, nie prosiłam się o to wszystko, nie pchałam na afisz, mam to w dupie).

Tymczasem Marta wydaje się być w swoim żywiole, mówi co chce, acz nie zawsze składnie, mówi za wiele, czym zdaje się wkurwia wielebnego stryja, o czym szepce się zresztą od dłuższego czasu w pisich kuluarach. Jest jednym słowem aktywna. Chlapie dziobem, pokazuje się i bywa.

Udziela się w Polskim Związku Jeździeckim („jest tam nikim, ale jej nazwisko otwiera wiele drzwi”), była nawet członkiem komitetu organizacyjnego uważanych za prestiżowe, międzynarodowych zawodów w skokach w Sopocie. W prawicowych bulwarówkach i gadzinówkach publikuje swoje felietony, gdy tymczasem niema, ślepa i prawdopodobnie głucha Agata Duda nie istnieje, bo jak mówi jej mąż „Moja żona robi to co uważa za właściwe dla swojej roli”. Czyli nic nie robi! Jest tyczkowatą blondynką wyciąganą jak żuczek z gabloty kiedy jest potrzebna.

Kaczyńska w polityce jakby też nie uczestniczy, nie wystartowała w żadnych wyborach, ale politycznie jak najbardziej istnieje, zabierając głos w ważnych sprawach. Robi to, na co nie stać Dudowej.

Odnosząc się do głośnego problemu aborcji, napisała, że kobiety powinny mieć takie prawo, czyli „zagwarantowaną możliwość podjęcia świadomej decyzji przy wsparciu odpowiednio przeszkolonego personelu medycznego, a także duchownych”. Uważa, że wprowadzenie jej całkowitego zakazu „skazuje wiele kobiet na podziemie aborcyjne, co jest niebezpieczne dla ich życia”.
Czyż właśnie tego nie powinna powiedzieć Pierwsza Dama, czyż nie oczekują tego od niej kobiety?  Ale ona nic, dziób na kłódkę i cicho sza.

Tymczasem Kaczyńska idzie dalej, bo opowiedziała się też za in vitro twierdząc, że ograniczenie tego prawa skaże wiele par na szukanie pomocy za granicą. Na taką opinię również nie stać było Pierwszej Damy.

Przy okazji świadomie lub też nie,  naraża się własnemu środowisku, kiedy protestuje przeciwko włączaniu niesławnego apelu smoleńskiego do apelu poległych w rocznicę powstania warszawskiego. Argument: „bohaterowie każdej z ważnych dat zasługują na to, by mieć własne święto”.
Acz generalnie w sprawie smoleńskiej, Kaczyńska trzyma twardo stronę stryjka i w narracji chętnie posługuje się terminem zamach, w który – jak sama twierdzi – wierzy absolutnie, choć nie do końca wiadomo czy jest to szczere, czy tylko koniunkturalne z jakiś powodów.

Jej wizerunek psuje tylko trwające ciagle małżeństwo z Dubienieckim, pospolitym jak się okazuje przestępcą i prawdopodobnie przyszłym skazańcem.

Tu pani Pierwsza Dama wypada pozornie nieco lepiej. Ale tylko pozornie. Jest bowiem żoną niby prezydenta, a to zawsze brzmi lepiej niż gangster. Jednak wedle wszystkich znaków na niebie i ziemi, to będzie również skazaniec, acz dziś trudno powiedzieć kiedy to się stanie. Miejmy nadzieje, że w miarę szybko.

Na wątpliwy wizerunek faktycznej pierwszej damy Kaczyńskiej, nie najlepiej też wpływają jej miłosne przygody, lub jak kto woli, łatwość w nawiązywaniu pewnego typu relacji męsko-damskich. Wszystkich facetów puszczała kantem, w sposób zazwyczaj mało elegancki. Najwięcej do powiedzenia miałby tu Smuniewski, czyli pierwszy, dość ekspresowy i niespodziewany małżonek, ale ten zawzięcie milczy i w ogóle gdzieś zniknął, ukrył się pod ziemią. Czemu się nie dziwię, bo każdy wydymany w ten sposób facet, raczej chował by się po piwnicach.

Potem, a w zasadzie w trakcie, był ów wypominany już tu nieszczęsny Dubienicki, a po drodze jeszcze paru, że tak powiem gachów, ale nie mam do pani Marty przynajmniej w tej kwestii jakiś wielkich pretensji czy żalu. Rozumiem że jest kobietą wyzwoloną i choćby w ten sposób manifestuje swoją niezależność. Moja babcia o takich kobietach mówiła, że mają „syndromem lekkiej dupy”. Kaczyńska się w tę diagnozę wpisuje, ale niech jej będzie, na zdrowie.

Chętnie przy tym pokazuje się na wszelakich celebryckich sabatach, pozuje na ściankach, wydyma wargi (zbotoksowane) i wypina piersi (jedyna szansa żeby ktoś je zauważył), czym wkurwia przydupasów stryjka. Na wszelki wypadek jednak milczą, bo nie wiedzą co w sumie Kaczyński na ten temat myśli i czy przypadkiem nie wiąże z wszędobylską siostrzenicą jakiś konkretnych planów. Bo co by nie mówić Kaczyńska jest dziś gwiazdą, jest pierwszą celebrycka damą prawicy, coraz jaśniejszą i gdzie tam suchej Dudowej, do Kaczyńskiej, też zresztą suchej. Nie wiem czy z tego będzie wojna, ale ubaw może być na pewno.