Nadal nie mamy pewności KTO leży na Wawelu

pogrzeb-kaczyski-161119-1024550

No i pogrzebali nam na powrót prezydenta. Miało być skromnie i „prywatnie” bo tylko rodzinnie, a było na mega wypasie. Pół Krakowa sparaliżowane, dziesiątki osób ochrony, strzelcy wyborowi, noktowizory, plus nowy sarkofag za pół miliona. Obecności prezydenta nie liczę, bo to już zupełny drobiazg. I czy myślicie, że za to wszystko zapłacił drugi Kaczyński, skoro impreza była prywatna? No fucking way!

Ale co tam koszty. Ostatecznie grzebano „prezydenta tysiąclecia”, więc należy mu się. Tylko czy aby na Wawelu leży właściwy człowiek?

Jak czytam przecieki z ustaleń komisji badającej pana Lecha Kaczyńskiego, to nabieram jednak podejrzeń. („Analiza DNA byłego prezydenta całkowicie potwierdziła jego tożsamość, zaś same badania były tylko formalnością”). Niby się wszystko zgadza, ale z drugiej strony „formalność” rzadko służy prawdzie i rzadko też w jednej parze kroczy z jakością.

Mam podejrzenia więc, że gdzieś musiał zostać popełniony jakiś błąd. Bo to nie może przecież być ten Kaczyński, którego znamy i którego cały czas doskonale pamiętamy. Opieram się na starej już prawdzie, ustalonej parę lat temu i mimo upływu lat, nic nie tracącej na aktualności.

Jak pamiętacie bowiem – a jak nie pamiętacie, to w skrócie przypominam – 10 kwietnia roku pamiętnego 2010, na pokład samolotu rządowego TU154M wsiadł człowiek raczej mały i to niekoniecznie tylko wzrostem. Na dodatek jeszcze kłótliwy i wyjątkowy burmuch. Zgodnie z ustaleniami będącymi efektem wnikliwej obserwacji prawie 4 letniego jego prezydenckiego pontyfikatu, to także mierny polityk, oraz bardzo przeciętny, a nawet dramatycznie przeciętny prezydent. No, pan NIKT po prostu, gość z plastikową reklamówką z Lidla! Nie dość, że zaściankowy to jeszcze ksenofobiczny. No i zawistny – to pewnie po bracie – autor słynnych powiedzeń „Spieprzaj dziadu” (czyli spierdalaj), „małpa w czerwonym”, czy „Stokrotka, ja ciebie załatwię”. O tym, że z hymnem było mu nie po drodze, celowo nie wspominam, bo w sumie na tle innych przywar, nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.

Dzięki tym wyjątkowym przymiotom, gość stał się pośmiewiskiem nie tylko dla polskich satyryków, ale i dla przynajmniej połowy polityków w Europie, a opowiadane o nim dowcipy do dziś cieszą się ogromnym powodzeniem, także dzięki nachalnemu pijarowi jaki robi mu brat Jarosław i uczynni idioci z jego otoczenia.

I to na pewno był Lech Kaczyński, nie ma tu żadnych wątpliwości. Ten właśnie gość, wtedy już ze śladowym poparciem społecznym, bez żadnych szans na ewentualną reelekcję, 10 kwietnia znalazł się na pokładzie owego nieszczęsnego samolotu.

I co? I stał się cud!

Parę godzin później narodził się nam bowiem – choć termin „narodził nam się” jest tu wyjątkowo nieprecyzyjny, a może nawet niefortunny – „wybitny polski mąż stanu„, „prezydent tysiąclecia„, „bohater narodowy, który nie zawahał się polec za ojczyznę„, „Wielki Polak” któremu nawet Wojtyła do pięt nie dorastał, a także „ojciec narodu„, plus parę innych równie egzotycznie brzmiących epitetów.

I taki ktoś właśnie na Wawelu został pochowany i niby – tak przynajmniej usiłują mi wmówić – jest to ten sam „corpus delicti”, który rano na Okęciu potykając się o schodek trapu, wlazł na pokład i zasiadł w samolotowej salonce.

Nie trzeba więc jakiejś wyjątkowej bystrości, by dostrzec, że nic się tu nie zgadza, bo po mojemu kogo innego wysłaliśmy pod Smoleńsk, a kogo innego nam zwrócono. 

Więc mimo, że wczoraj kogoś na tym Wawelu pochowano, to pytam się kogo!?

Apeluję więc o ponowną, pilną ekshumację i jeszcze pilniejsze badania, bo te „formalne” sprzed trzech dni, były przeprowadzone po łebkach, albo w ogóle nie były prowadzone. No bo skoro wylatywał z Polski polityczny niezguła, a wrócił i na Wawelu spoczywa wielki mąż stanu, to znaczy, że ktoś jednak gdzieś podmienił ciała. Pytanie więc, kto naprawdę leży na Wawelu i jak się nazywa. No i kto za tą podmianą stoi!