Włamanie na śniadanie a policja na miesięcznicy

Z wydarzeń towarzyskich ostatnich dni (z lekką nutą kryminalną), warto odnotować włamanie do domu nie byle kogo, bo wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, mało komu znanego w sumie Tomasza Zdzikota. Niby nic na pierwszy rzut oka, ale z drugiej strony obrobić chatę wicegościa od policji to jednak coś.

zdzikot-170111-815
minister (vice) Tomasz Zdzikot

Sensacyjna wiadomość jaką podzieliła się policja jest taka, że „złodzieje weszli do domu, kiedy nie było w nim nikogo”. To rzeczywiście niesłychana historia, bo z reguły złodzieje wchodzą tylko wtedy, kiedy wszyscy domownicy są na miejscu i najlepiej jak siedzą przy wspólnej kolacji z sąsiadami. Rzadko kiedy jakikolwiek złodziej (no chyba, że amator lub nowicjusz) decyduje się na obrobienie chałupy kiedy nie ma w niej nikogo.

Ta sama policja, wstająca powoli z kolan i uskrzydlona sukcesami, cała na biało (vide Szczecin) przyznaje, że włamanie miało „raczej charakter rabunkowy” i nic nie wskazuje, żeby zniknęły jakieś istotne dokumenty. Czyli można to zrozumieć tak – jeśli jest inaczej, to wyprowadźcie mnie z błędu – że pan minister ważne służbowe kwity (pewnie przy okazji tajne) trzyma w domu, ale na szczęście złodzieje to dupy, połaszczyli się na głupi złoty łańcuszek, zamiast brać do wora prawdziwy skarb.

Nie wnikając w dalsze szczegóły całej tej śmiesznej na swój sposób historii, wstępne wnioski są takie, że najciemniej jak zwykle jest pod latarnią. Bo z pana ministra taki ponoć wielki fachowiec, a do jego domu można wejść jak do przydrożnej stodoły i to jeszcze bez drzwi. Poza tym daje o sobie znać zwyczajny brak wyczucia proporcji i pomylone priorytety. Bo jak wszystkie siły policji angażuje się choćby w ochronę dupnej imprezy jaką jest miesięcznica, no to kto do kurwy nędzy ma pilnować posiadłości ministrów? Są odsłonięci, bezbronni i bezradni.

To – jeśli dane są ściśle a po drodze nic nie zostało ukryte – już drugie w kadencji „dobrej zmiany” włamanie do osób z tak zwanej elit władzy.

W kwietniu ubiegłego roku złodzieje weszli mianowicie do służbowego mieszkania marszałka Sejmu Marka „Członka” Kuchcińskiego. Policja zmobilizowała wtedy wszystkie możliwe siły (specjalnie ściągnięto dodatkowych śledczych spoza Warszawy), ale niestety, nikogo nie udało się namierzyć. Złodzieje zniknęli niczym sen złoty.

Plotki mówią, że coś tam coś ta zniknęło, ale najcenniejsze co zabrano, to wszystkie doniczki z sadzonkami. Jak tak dalej pójdzie, to co oni będą palić?

rekomended-przepis-na-polske-161125