Pochylam się nad ciężkim losem nowego strażnika żyrandola.

duda-141231-1100550

Szczerze powiem, że nie zazdroszczę Andrzejowi Dudzie sytuacji w jakiej się znalazł. Właśnie ziścił się najgorszy dla niego scenariusz, który pewnie od paru tygodni śnił mu sie podczas popołudniowych drzemek. Był gorszy od majaków i nocnego moczenia się. Tak, wygrana PiS, zwłaszcza taka wygrana, to odstawienie Andrzejka do kąta, zepchnięcie na boczny tor, to ustawienie go w roli prawdziwego tym razem strażnika żyrandola (tego jedynego, którego Komorowski nie zdołał ukraść), to kompletna marginalizacja i tak dość marginalnego urzędu.

Nikt z was nie byłby zadowolony z takiego obrotu sprawy a cóż dopiero nadzwyczaj ambitny i łasy na władzę i zaszczyty małopolski karierowicz.

No bo powiedzcie, co teraz będzie robił pan prezydent?

Czy będzie miał się szansę czymś się wykazać? Czy będzie mógł powiedzieć: ja tu rządzę i albo coś podpiszę albo kurwa nie podpiszę, albo was przyjmę, albo nie przyjmę, czyli spierdalajcie na drzewo? Czy będzie mógł się wybić na jakąś samodzielność? Dużo pytań, ale jedna jest tylko odpowiedź: on nic nie znaczy i nic już nie będzie mógł.

Prawda jest nadzwyczaj banalna ale też brutalna.

Pan prezydent Andrzej Duda alias Maliniak, stanie się wkrótce bezwolną maszynką do popisywania papierów podsuwanych mu przez gońców od pana Prezesa Kaczyńskiego. Bo de facto pan Prezes Kaczyński będzie (a w zasadzie to już jest) i premierem i prezydentem w jednej osobie, zaś zarówno Duda jak i Szydło to takie mniej lub bardziej sympatyczne kukiełki i pacynki stające na gwizdek w postawie zasadniczej i dla niepoznaki udające, że są kimś mimo że są nikim. Fascynujące wprost zajęcie!

Pani premier Szydło, jeśli faktycznie będzie tą panią premier, nie będzie mogła wyjść bez zgody Prezesa do łazienki, żeby sobie pierdnąć, zaś pan prezydent Duda już dziś nie może iść spać, nim nie złoży wizyty na Żoliborzu i nie odbierze kilku stron instrukcji na dzień następny.

Nic więc dziwnego, że – wedle tu i ówdzie pojawiających się pogłosek – nadzwyczaj pobożny pan prezydent, modlił się kilka razy dziennie o wszystko, najbardziej zaś i najgorliwiej o to, aby PiS… nie wygrał! Bo tylko wtedy on mógłby być kimś, wtedy by się liczył, także w swoim środowisku.

Bo gdyby ta Platforma nadal rządziła…

…to gdyby przyjechał do Pałacu taki Brudziński, musiałby czekać w kolejce. Musiałby grzecznie siedzieć na korytarzu, musiałby nadskawkiwać, kadzić, wylizuwać dupkę, prosić, przekonywać i najlepiej stać na baczność i merdać ogonkiem. A ogonek to on ma, że ho ho…  Zaś Pan Prezydent (koniecznie wszystko z dużej litery), by decydował: przyjmie tego chuja i złamasa, czy może grzecznie i kulturalnie, ale jednak po schodach zrzuci. Na zbity pysk, na łeb, na parter!

A teraz…?

A teraz to Brudziński wparuje jak do swojej komórki, nawet nie zapuka, zeżre nie swoje ciasteczka, beknie, walnie pana prezydenta (tym razem z małej litery piszę) w plecy i ryknie: „Andrzej, kurwa nie spij! Bierz długopis w grabe i podpisuj tu…, o tu, w tym miejscu. Nie opierdalaj się chłopie, ruchy ruchy, bo czasu nie mam…“

Tak to będzie Drodzy Państwo wygladało!

Andrzej Duda ksywka „Prezydent“, będzie zwykłym, przygarbionym i siwiejącym notariuszem, wartym tyle ile jego podpis, ale na pewno mniej niż długopis którym ten podpis złoży. Żegnaj słodki śnie o drugiej kandencji.